Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z (krótkiego) doświadczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z (krótkiego) doświadczenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zdrowotne prawo dżungli

No i stało się. Zachorowało się nam. Groszek zagorączkował (bez przesady, w porywach 38,5), niespecjalnie się tym przejął, witalność wzorowa,  po dwóch dniach mu przeszło. Mierzę, obserwuję, dmucham na zimne,  ale mam nadzieję,  że to jednak koniec. Może zęby albo tak właśnie poradziła sobie z maminym choróbskiem. Bo mama poległa w starciu z angina ropną i z ciepłego łóżeczka pisze wieści z frontu.

O naszej przychodni można powiedzieć całe mnóstwo dobrych rzeczy. Na przykład, nasz pediatra jest złoty - cierpliwy, mądry, wyczerpująco odpowiada na pytania i ma przemiłe podejście do dzieci. Przychodnia jest bliziutko,  akurat na tyle, żeby nie paść,  jeśli Małą, zapłakaną po szczepieniu trzeba na rękach odnieść do domu. Pielęgniarki są całkiem życzliwe i nie zaniedbują obowiązków.  Dlatego to, co tu piszę, to nie "wściekła krytyka" (złość mi właśnie mija) i apel do sąsiadów,  żeby nie, tylko nie tam. Tonietak. Pewnie są ludzie,  którzy sobie chwalą obowiązujący tam system. Ja wyszłam z diagnozą, receptą, kacem moralnym i zagwozdką, bo w sumie chciałabym mieć na to lepszy pomysł, a niestety - na razie go nie mam.

Rano, po nieprzespanej przez gardło nocy, piszę do Męża sms, bo krzyczeć do drugiego pokoju - nie da rady, że lekarz, niestety, absolutnie nieodzowny. Oględziny gardła potwierdzają konieczność. Mąż dzwoni. Dzwoni od ósmej, bo od ósmej można, dzwoni 20 minut, nie dodzwania się. Oczywiście o 8:20 numerków dawno nie ma. Pani przebąkuje, żeby przyjść, Pan Doktor kiedyś, jakoś przyjmie. Przejście się po dworze mnie przeraża, miliony zarazków w poczekalni też, na długie czekanie też się jakoś nie czuję, pech, trudno. Spróbujemy jutro. Po mojemu jednak się nie da i po wielokrotnych próbach zastraszania powlokłam się żebrać o te 5 minut wizyty, czując się zupełnie beznadziejnie, i to nie tylko fizycznie. No, bo wiecie, ze mnie taka trochę formalistka. Nie ma numerków - to nie ma, jakiś cel w tym jest, trzeba się z tym pogodzić, ewentualnie rozejrzeć się za wizytą domową albo prywatną przychodnią (pani Doktor, do której Mąż się dodzwonił, sama była chora, najbliższa prywatna przychodnia - nie odpowiada, dalej - ja sama na piechotę nie, a Mąż nie podwiezie, bo Mała nie wychodzi na dwór). Jeśli nie ma dla mnie miejsca, to nie do końca przekonuję mnie fraza "gdzieś-się-pani-przecież-wciśnie". Bo ja nie z tych, co się wciskają ani nie z tych awanturujących się (inaczej mówiąc - memeja). Idę i mam wizję omdlewających staruszek, rzężących starszych panów, kaszlących, kichających ludzi wszelkiego wieku i stanu, pomiędzy których mam się "wcisnąć". Z jakiej racji? Pojęcia nie mam. Zakładam, że hobbystycznie do lekarza nie chodzą (podobno założenie nadmiernie optymistyczne, ale jednak), więc każdemu coś dolega, każdy się źle czuje i każdy potrzebuje pomocy. Ktoś dorwał numerek - jego szczęście, wydzwaniał jak wszyscy. Niby dlaczego ma mnie przepuszczać? A co by się, do diabła, wyrabiało w tej przychodni, gdyby każdy z próbujących się zarejestrować, postanowił się "wcisnąć"?! Może po prostu zrobić kolejkę na zasadzie "kto pierwszy - ten lepszy"?

Nie przewidziałam jednak tego, co zobaczyłam w poczekalni - gromady zakatarzonych, kaszlących i bardzo cierpiących kilkulatków (na szczęście - nie było niemowląt). Może mi ktoś powiedzieć, jak ja się mam "wcisnąć", przed dziecko, któremu się oczy świecą od gorączki, które widocznie leci z nóg i które pyta, słabym głosem: "Kiedy pójdziemy, Mamusiu?"?! Ja wiem, ja też mam misję, moje dziecko w domu, mam go nie zarazić, to przecież najważniejsze, no ale kurcze, Groszek gorączki nie ma, kaszlu ani kataru nie uświadczysz, został z Tatą, dobrze się bawi, a te biedaki zaraz złapią kolejne choróbsko, bo w poczekalni lodowato, a zarazki latają i niemal je widać. No, więc czekam. Przed żadne dziecko się nie "wcisnę", nie ma siły. Siedzę w pionie, w miarę widzę ekran telefonu, próbuję się nastawić na spokojne oczekiwanie. Trwa to jakieś 45 minut. I kiedy kolejka maluchów się kończy, przychodzi trzech około-osiemdziesięcioletnich panów, umówionych na konkretne godziny. I cztery kolejne osoby w mojej sytuacji. Za mną jakiś młody, w miarę zdrowo wyglądający pan, którego zawróciłam od drzwi i powiedziałam, że takich jak on, to jest tu więcej :P. Potem pani wyglądająca na bardzo chorą, którą zasadniczo zdecydowanie powinnam wpuścić przed siebie, bo nie jestem AŻ TAK umierająca. Jeśli po kimś widać, że boli go głowa, tak, że ma trudności z otworzeniem oczu i ma ewidentne, zauważalne dreszcze, to wiem, że coś się dzieje. Ale mam tę swoją zaklepaną pierwszą lukę, też mam dreszcze, a gardło zdecydowanie więcej niż boli, więc na chwilę chowam altruizm do kieszeni. Po trzech umówionych panach, których doktor wzywa po nazwisku, następuje młoda para. Śmieją się i nie spieszą, nie wypytują gorączkowo o miejsca i godziny, więc w desperacji, kiedy lekarz zamiast wyczytać nazwisko, prosi kolejną osobę, wbiegam do gabinetu. Jest mi głupio. Właściwie o nic, poza Małą, nie pytam, słucham, potakuję, zaznaczam, że karmię, dowiaduję się, że to nie kłopot, nie rozwijam tematu, chcę być zdrowa i stąd zniknąć. Pan doktor mnie nie zaniedbuje, bada, dopytuje, nie pracuje taśmowo - trzeba mu to przyznać. Tylko w tej sytuacji mam wrażenie, jakbym na to wcale nie zasługiwała. Decyduję się poprosić o zwolnienie, wiem, że to jeszcze kilkadziesiąt sekund, mam przed oczyma tę biedną panią z poczekalni i jest mi po prostu przykro.


Ostatecznie - wymarzłam (nie miałam dreszczy przy gorączce i myślałam, że to podejrzane - już mam, wszystko w normie). Modlę się, żebym czegoś nowego nie złapać, nie przynieść Małej i żeby kogoś tą moją anginą nie uczęstować (tyle dobrego, że nie kaszlę, to tak bardzo nie sieję). Głupio mi  było potężnie i zmyłam się jak niepyszna. Ja wiem, jak ktoś chce mieć takie atrakcje, jak komfort psychiczny, niech płaci. Wiem, zwykle płacę, teraz wyszło tak, że się nie dało. Naprawdę, nie wiem, jak rozwiązać ten problem. Pan Doktor na wizycie patronażowej zaznaczał, żeby się numerkami nie przejmować, bo zarejestrować się ciężko, i z chorym maluchem od razu przybiegać, na pewno znajdzie czas. Bardzo. Bardzo. Bardzo czarno to widzę. Chociaż ze mnie trochę "matka walcząca" i w dziedzinie swojego dziecka memeją totalną nie jestem, to przecież ciągle będą tam inne dzieci, a przecież nie będziemy się licytować na kreski na termometrze i listę dolegliwości?! Nie winię lekarza. Właściwie nie winię nikogo, wada systemu, z którą trudno sobie poradzić. Bo przecież więcej numerków, to krótsze wizyty, a, choćby, dzieciom, czasem potrzeba więcej czasu. A tak jest... hmm... elastycznie.

Jako że nie lubię prowizorki, a w dżungli (to nic pejoratywnego, podziwiam ludzi, którzy potrafią walczyć o swoje, nie krzywdząc innych) z pewnością bym zginęła, postaram się wyszperać i wypytać o jakiegoś prywatnego lekarza, który, w nagłym wypadku, zbada Małą (Męża albo mnie) w domu i oszczędzi wyścigów i wyrzutów. Mam nadzieję zresztą, że się nie przyda...

środa, 10 grudnia 2014

Gafa stulecia, czyli o miejscach tramwajowych

Całkiem niedawno udało mi się popełnić gafę stulecia. Ustąpiłam mianowicie w tramwaju miejsca ciężarnej Pani, która... nie była wcale w ciąży. Sytuacja tym głupsza, że, Pani, z dzielnym i sympatycznym uśmiechem, powiedziała: "Ja nie jestem w ciąży, ja tylko tak wyglądam".  Żeby było śmieszniej (śmieszniej?!), wcale nie była gruba. Nie była nawet "duża". Gdyby była, pewnie nie rzuciłoby mi się w oczy, że pasek od płaszcza ma prawie pod biustem, a poniżej paska ubranie wyraźnie się wybrzusza (pewnie po prostu miała coś w kieszeni)... Pani uśmiechała się do mnie sympatycznie do końca podróży (co pozwala mi mieć naiwną nadzieję, że może nie było jej AŻ TAK bardzo przykro), a mi zabrakło nawet pomysłu na wytłumaczenie swojej pomyłki i nie wiedziałam, gdzie oczy podziać (muszę coś wymyślić, jakby mi się, nie daj Boże, kiedyś jeszcze coś takiego przydarzyło). Napisałam o tym potem Mężowi, który przytomnie odpisał: "No widzisz, dlatego ludzie nie ustępują miejsca w tramwajach." Ech, no właśnie...

Bo ja ustępuję. W sumie ustępowałam zawsze, a po przejeżdżeniu komunikacją miejską właściwie 9 miesięcy ciąży (całkiem komfortowej, ale jednak ciąży), robię to jeszcze częściej. Jestem zdecydowaną przeciwniczką uznawania, że KAŻDY młody człowiek ma obowiązek ustąpienia KAŻDEJ starszej osobie (bo młody może być chory/słaby/kontuzjowany, a starszy być w świetnej kondycji i jechać właśnie pielić ogródek). Generalnie jednak, jeśli czuję się zdrowa i silna, ustąpię miejsca każdemu, kto wygląda na mniej zdrowego i silnego niż ja. Kobiecie, mężczyźnie, dziecku, nastolatkowi/nastolatce - wszystko jedno. Nie utrzymuję, że zawsze takie osoby zauważam, ale bardzo się staram. I, mimo że prawdopodobnie zrobiłam Współpasażerce z piętnastki przykrość (tak sobie marzę, że kiedyś to przeczyta, skoro zabrakło mi "jaj", żeby sprawę wyjaśnić na bieżąco), uważam, że, z dwojga złego, lepiej przesadzić w tę stronę.

Ze swoich przejazdów ciążowych pamiętam całkiem sporo pozytywnych sytuacji. Najczęściej ustępowały mi miejsca panie w średnim wieku. Takie, które pewnie doskonale wiedzą, czym jest ciąża i jak niedobrze można się w ciąży czuć. Raz ustąpiła mi miejsca staruszka - bardzo się upierała, a ja naprawdę nie wiedziałam, czy powinnam skorzystać z uprzejmości. Zdarzało mi się, że ktoś mnie przepuścił w kolejce w sklepie albo że sprzedawczyni obsłużyła mnie poza kolejką. Nie zabiegałam o takie "specjalne traktowanie" - czułam się dobrze, mogłam w tej kolejce spokojnie poczekać, jak wszyscy. Tramwaj to jednak nieco inna sprawa - samopoczucie swoją drogą, ale bezpieczeństwo - swoją. Bardzo się bałam, że ktoś mnie przypadkiem popchnie, tramwaj szarpnie i w coś uderzę brzuchem - pewnie przesada, ale czasem do nieszczęścia niewiele trzeba. Starałam się więc siadać. Raczej nienachalnie, wsiadałam blisko pętli, więc problemy zdarzały się rzadko. Ale trzy przygody zapamiętam bardzo dobrze...

Pierwsze (i jedyne właściwie) poranne ciążowe mdłości przeżyłam w tramwaju, jadąc na zajęcia. Było mi NIEDOBRZE, wielkimi literami i, właściwie jeszcze rozstrzelonym drukiem. Oczywiście stałam, w dodatku w tłoku. Obok siedziała grupka gimnazjalistów. Strasznie głośni. Miałam wrażenie, że każde ich słowo sprawia, że jeszcze bardziej mnie mdli, bo obija mi się po czaszce. Czułam się fatalnie i, oczywiście, byłam poirytowana, ale nie mam do nich najmniejszych pretensji - czwarty miesiąc, nawet moi dobrzy znajomi się nie orientowali, ze jestem w ciąży zanim im nie powiedziałam, co dopiero chłopcy, którzy z ciężarnymi pewnie nie mieli zbyt dużo do czynienia. Mam natomiast trochę pretensje do siebie, bo powinnam była po prostu grzecznie poprosić o ustąpienie miejsca. Nikt nie ma obowiązku czytać mi w myślach, a mam taką szczególną właściwość, że raczej nie widać po mnie słabszego samopoczucia. Ostatecznie - postanowiłam po prostu wysiąść i przejść się kawałek, co okazało się bardzo rozsądnym posunięciem.

Kiedy swój zwykły płaszczyk zamieniłam na "namiot" i brzuszek porządnie mi urósł, miałam nadzieję, że będzie się już dało mój stan bez problemów dostrzec. Nie dostrzegło go sześciu w miarę młodych panów, siedzących i patrzących w okno, podczas gdy obok stałam ja (7 miesiąc ciąży, WYRAŹNY brzuch) i dziewczyna o kulach. Przypuszczam, że nie wszyscy byli chorzy lub dramatycznie zmęczeni (jeśli tak to, cóż, przepraszam). Rozumiem, że nieco obawiali się mnie "urazić", więc na wszelki wypadek nie sugerowali mi "brzucha". Inny pan, w innym tramwaju, ustąpił mi kiedyś miejsca, niemal czekając aż go ochrzanię, że przecież wcale nie jestem w ciąży (poważnie, taką miał minę ;)). Ale jeśli ktoś porusza się o kulach, to raczej trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy przypadkiem nie byłoby lepiej, żeby usiadł!

Ok, z ustępowaniem miejsca bywa różnie, czasem ktoś się po prostu zagapi, zawsze można grzecznie poprosić, jeśli się potrzebuje. Jednak twardo uznałam, że jeśli uda mi się usiąść przy pętli, to już siedzieć będę, chyba że zdarzy się sytuacja wyjątkowa. Wiem, ciąża to nie choroba, nawet nie czułam się chora, komuś choremu pewnie bym jednak ustąpiła, ale kwestie bezpieczeństwa przeważyły. Niestety - nawet taka postawa nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Dość błotnistą zimą zajęłam miejsce, popełniając strategiczny błąd i zakrywając brzuch torbą, którą położyłam sobie na kolanach, żeby jej nie wybrudzić. Pewien starszy pan nie miał dość energii, żeby postać parę przystanków, miał jej natomiast dość, by uskuteczniać prawdziwe sceny i zademonstrować mi, jak to bardzo jestem niegrzeczna, że mu miejsca nie ustępuję. Chrząkał, kaszlał, przestępował z nogi na nogę, patrzył na mnie wymownie, uderzał mnie torbą, szturchał, kręcił głową... Nie było to pewnie z mojej strony zachowanie wzorowe, ale zadbałam o to, żeby, kiedy wreszcie usiadł na zwolnionym przeze mnie miejscu, dobrze widział mój wydatny brzuszek. Ba, nawet zaczęłam się, idąc, nieco mocniej kołysać. Co tu dużo mówić - zależało mi na tym, żeby mu się zrobiło głupio.

Byłam naprawdę skonfundowana swoją pomyłką, co do "stanu" Współpasażerki. Znając siebie, na jej miejscu, strasznie bym tę sytuację przeżywała, wmawiając sobie, że to najlepszy dowód na to, że jestem gruba i zagryzając smutki tabliczką czekolady. Wolałabym oczywiście tej gafy uniknąć. Ale z drugiej strony... Gdybym miała się potem przez cały dzień zastanawiać, czy przypadkiem się nie uderzyła albo nie poczuła słabo przez to, że postanowiłam jej nie ustąpić, że przecież tak niedawno psioczyłam na społeczeństwo, że niewrażliwe, cisnąc się w tłoku z brzuchem i już zdążyłam zapomnieć, jak to jest... Trudno, będę się upierała, że wybrałam mniejsze zło. I mam cichą nadzieję, że moja Współpasażerka, kiedy już jej przejdzie złość lub smutek, też dojdzie do takiego wniosku (i, nie daj Boże, nie będzie się przeze mnie katować żadną dietą...).


środa, 3 grudnia 2014

"Ja-to-bym-nigdy..."

Mija dziewięć miesięcy, od kiedy Groszek jest z nami i, tfu, tfu, na razie obyło się bez wypadków. WCALE nie dlatego, że jesteśmy superuważni i superprzewidujący i nigdy-byśmy-do-tego-nie-dopuścili. Po prostu - mamy sporo szczęścia. Bo wypadki się zdarzają, dzieci mają absolutnie nieograniczoną fantazję, a Rodzice - bardzo ograniczone możliwości percepcji i reakcji. Od kiedy Groszek raczkuje i włazi na meble jestem, niestety, przekonana, że wypadek to tylko kwestia czasu, chociaż biegam, podkładam poduszki, mocno trzymam i tłumaczę. Dlatego tak mi smutno, kiedy słucham, jacy to nieodpowiedzialni są rodzice, którzy dopuścili się tak strasznego przestępstwa, jak lekkie rozkojarzenie, wyjście do ubikacji czy, o zgrozo, zostawienie dziecka pod czyjąś opieką...

Piszę o tym, bo przy okazji wiadomości o tym biednym chłopcu, który w nocy, na mrozie, próbował sam wrócić do domu, chyba powoli zaczynam rozumieć, skąd biorą się te nienawistne fale oskarżeń wobec rodziców. O tym, że są one nieludzkie i wynikają z braku wyobraźni i empatii pisano już wielokrotnie, ilekroć media nagłaśniały podobne sytuacje. Nie mam dużo do dodania. Ale wydaje mi się, że to: "ja-to-bym-nigdy-do-tego-nie-dopuścił/a", to po prostu strategia obronna. Chroniąca przed rzeczywistością, w której czasami dzieciom - małym, słodkim, niewinnym dzieciom, za które oddalibyśmy zdrowie albo i życie - przydarzają się rzeczy straszne, a my nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić...

Zawsze, kiedy usłyszę o jakimś dziecięcym nieszczęściu, odruchowo sprawdzam, czy u Groszka wszystko ok. Myśl: "to mogło być moje dziecko" jest potworna, przerażająca, obezwładniająca i mrożąca krew w żyłach. O ile milej i bezpieczniej jest pomyśleć: "mojemu dziecku to by się nie przytrafiło. Ja jestem OSTROŻNY/A". Rzeczywistość jest wtedy znacznie bardziej zrozumiała - no tak, nieodpowiedzialni rodzice odpowiadają za wypadki swoich nieszczęsnych dzieci, ale ja przecież jestem odpowiedzialny/a, nas to nigdy nie spotka. Uf. Jesteśmy bezpieczni. Tym jednym nie muszę się martwić. Myśl: "jak się muszą teraz czuć ci rodzice - nie zrobili nic złego, a będą to sobie wyrzucali do końca życia", próba wczucia się w ich sytuację jest chyba dużo trudniejsza niż twarde potępienie. Dopiero jak nam dziecko wreszcie jakiś numer wytnie (a wytnie na pewno, nie ma się co oszukiwać), zdejmując je ze stołu czy wyjmując z rączki niebezpieczny przedmiot pomyślimy: "przecież nic się nie stało, wszystkie dzieci robią takie rzeczy". Oby nikt nigdy nie musiał się przekonywać, że rodzicielska uwaga, troska i zaangażowanie nie sięgają wszędzie i nie chronią przed wszystkim...

Latem miałam obsesję na punkcie os. Użądlenie to niby żaden dramat, ale jakby siadła na jakiejś kolorowej zabawce, a Groszek postanowiłby wziąć ją do buzi... Podczas spotkania ze znajomym pediatrą zapytałam, co robić w razie użądlenia (a może raczej, jak pomóc dziecku w drodze na pogotowie). Poza garścią przydatnych wskazówek i zaleceń, usłyszałam także, że użądlenia najczęściej wynikają z... niedopilnowania. Pan Doktor jest cudowny, leczył jeszcze mnie i moja Siostrę, zawsze cierpliwie odpowiada na pytania i odbiera telefony w nocy. Pracuje też na intensywnej terapii pediatrycznej, gdzie ma do czynienia z mnóstwem strasznych nieszczęść, które, pewnie czasem rzeczywiście są rezultatem zwyczajnej bezmyślności, co, jak przypuszczam, ma wpływ na radykalizm jego poglądów. Na moją obsesję to stwierdzenie jednak raczej nie pomogło. Jak, u licha, mam dopilnować, żeby dziecko nie złapało czegoś, na czym siadła osa? Przecież to ułamki sekundy! Oczywiście - mogę podjąć środki ostrożności - nie jeść przy dziecku na dworze, karmić w domu, trzepać pościel w wózku przed włożeniem dziecka, używać moskitier - ale jedynym pewnym (?) wyjściem jest szczelne zabezpieczenie wszystkich okien, zamknięcie dziecka w pokoju i niewychodzenie na dwór pod żadnym pozorem. To zdrowe? Mądre? Wpadłam w taką fazę zamknięcia się w mieszkaniu, po tym, jak osa przysiadła na kapelusiku Małej (nic się nie stało, w tym konkretnym momencie zareagowałam ze spokojem, który mnie do dzisiaj zdumiewa, ale nie mogłam się potem uspokoić przez godzinę). Po jednym popołudniu miałam serdecznie dosyć patrzenia na skąpany w słońcu ogród przez okno. Przecież tak się nie da!


Nie mogę słuchać o nieszczęściach, przydarzających się dzieciom. Zaczęłam się wręcz, egoistycznie, odcinać od tego typu komunikatów, żeby, jakkolwiek brzydko by to nie zabrzmiało, nie psuć sobie humoru. Świat bywa tak urządzony, że strasznie trudno mi się z nim pogodzić. Nie wiem i w sumie nie chcę wiedzieć, dlaczego zdarzają się takie rzeczy. Rozumiem, że jakoś sobie trzeba z tym radzić i że ludzie radzą sobie z tym od wieków, czasem dość głupio. Wiem, że wmówienie sobie, że ma się nad wszystkim kontrolę z jednej strony motywuje, a z drugiej - uspokaja - w końcu - nic się nie stanie, ja pilnuję, ja jestem, ja widzę, ja dbam. Wiem jednak też, że absolutnie wykańcza. I jest złudne. Zanim Mała się urodziła, byłam na sto procent pewna, że musimy jej kupić monitor oddechu. Nie była wcześniakiem, miała wysoką masę urodzeniową, jest zdrowym, silnym dzieckiem. Uparłam się, że monitor musi być, bo nie zmrużę oka. Ktoś mi ten zakup odradził, mówiąc o fałszywych alarmach. W ogóle mnie ten argument z początku nie przekonał, w końcu lepiej się nawet obudzić absolutnie przerażonym i przekonać się, że wszystko ok... Ostatecznie - monitora nie ma, a ja śpię całkiem nieźle. Nie wiem, z czego to "uspokojenie" wynika. Bo na pewno nie pogodziłam się z tym, że nie na wszystko mam wpływ. Nie tak "globalnie", dogłębnie.Sprawdzam w nocy, czy oddycha. Czasem po naście razy.  Ale godzę się z tym właściwie za każdym razem, na nowo, po trochu, kiedy wychodzę do łazienki, idę do pracy, zasypiam. Będę musiała się z tym godzić, kiedy Groszek pójdzie na plac zabaw, do przedszkola, do szkoły, na boisko, pojedzie na kolonie. Bo nie będę umiała, jak "odpowiedzialny" (?!) rodzic, zamknąć dziecka w złotej klatce...

Straszne to i szczerze mówiąc - w ogóle się nie dziwię, że ludzie próbują sobie z tym radzić na różne sposoby. Może słynne "ja-to-bym-nigdy..." pomaga? Może daje poczucie bezpieczeństwa i spokój? Oby tylko nigdy nie zostało zweryfikowane! Wiem, że, jeśli Groszkowi kiedyś jakiś wypadek się przydarzy, będę temu winna ja. Mogę sobie to bardzo żywo i wyraźnie wyobrazić. Taką mam konstrukcję psychiczną, obawiam się, że nic z tym nie zrobię. Mogłam nie puścić na kolonię, ta gra w piłkę to był durny pomysł, trzeba jej było nie zabierać do znajomych... Wielu (większość?) rodziców ma podobny problem. Poczucie winy jest potworne, obezwładnia, wykańcza. Nie ma potrzeby dodatkowej "kary". Za "zaniedbanie", "nieodpowiedzialność", "brak uwagi" (wszystko w cudzysłowach, bo tak naprawdę za wyjście do ubikacji, do pracy czy odwrócenie głowy na trzydzieści sekund), rodzice najczęściej karzą się sami. Okropnie surowo i zupełnie nieadekwatnie do "winy". Jeśli uspokaja cię "ja-to-bym-nigdy..." - w porządku, myślę, że nawet mogę to zrozumieć. Tylko zachowaj je dla siebie.

piątek, 21 listopada 2014

Co nas wkurza, co nam przeszkadza - czyli o strefach bez dzieci

Niedawno opublikowałam post o tym, jak to dobrze móc wyjść gdzieś z dzieckiem i cieszyć się macierzyństwem, nie zamykając w czterech ścianach. Dosłownie chwilę później w mediach i na wielu rodzicielskich blogach przetoczyła się dyskusja na temat "stref bez dzieci". Słyszałam o tej koncepcji już wcześniej, przy okazji dyskusji o publicznym karmieniu. Pomysł wywołał mój odruchowy i bardzo gwałtowny sprzeciw. Chociaż z drugiej strony...
 
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tak zwanych "strefach bez dzieci", zareagowałam bardzo gwałtownie. Pierwsze skojarzenie - dyskryminacja - segregacja rasowa i getta ławkowe. Nie jestem dumna z tego swojego, niespecjalnie merytorycznego, argumentum ad Hitlerum, ale cóż - tak właśnie pomyślałam. I podzieliłam się tą myślą z Mężem, który skojarzenie miał zgoła inne. Całkiem trzeźwo zapytał: "A jak do klubu mogą wchodzić tylko osoby pełnoletnie, to ci nie przeszkadza?". 

Nie jestem jakoś w 100% do tych klubowych ograniczeń przekonana, w końcu trudno uznać, żeby dla kogoś, kto ma lat 18 i jeden dzień pewien rodzaj imprez był dużo odpowiedniejszy niż dla kogoś, kto ma 17 lat i 364 dni, ale pewnie gdzieś jakąś umowną granicę postawić należy. Sytuacja jest tu jednak chyba nieco inna niż w przypadku "stref bez dzieci". Jak mi się zdaje - ograniczenie w klubach wprowadza się, by chronić nieletnich, a nie po to, "żeby-smarkacze-się-pod-nogami-nie-pałętali" (chociaż niejednokrotnie słyszałam, że w tych klubach, do których wpuszczają od 21 roku życia atmosfera jest najlepsza, bo nie ma tych głupich nastolatków; co z tego, że słyszałam to od rówieśników, czyli od osób, które tymi głupimi nastolatkami byli jeszcze najwyżej kilka lat temu...). Czy jest przed czym chronić - nie wiem, nie moja rzecz, może rzeczywiście lepiej, żeby barman, przynajmniej w założeniu, nie musiał każdemu imprezowiczowi sprawdzać dowodu przy zamawianiu drinka, bo się zatory robią. Pewna dyskryminacja? Może. Potrzebna? Pewnie tak...

Ale z małymi dziećmi w przestrzeni publicznej jest jednak trochę inaczej. Po pierwsze - nastolatek może do klubu po prostu nie przyjść albo wybrać inny. Jasne, rodzic też może wybrać lokal przyjazny dziecku, a nie taki, w którym go nie chcą. Ale jeśli dzieci generalnie "przeszkadzają", to może też specjalne tramwaje "bez nich" przygotować? I urzędy? Czasem trzeba coś zrobić, załatwić, a dziecka zostawić nie ma z kim. Ostatnio smutna konieczność zmusiła mnie do zabrania Córki w miejsce, gdzie standardowo dzieci się nie zabiera. Było mi głupio, bo "przeszkadzała", chociaż robiłam wszystko, żeby  tego uniknąć. Trudno zresztą wymagać od ośmiomiesięcznego brzdąca, żeby, nie śpiąc, przez prawie godzinę siedział cicho. A nie ze wszystkiego można i chce się rezygnować.

Po drugie - to już nie kwestia bezpieczeństwa, czy jakiejś tam, powiedzmy, "obyczajności", a tego, co komu "przeszkadza". A każdemu "przeszkadza" co innego. Naprawdę. Mnie doprowadzają do szału mlaskające dźwięki. Działa to na mnie tak, jak na większość ludzi drapanie paznokciami tablicy. Niektórzy ludzie mają taki nawyk i mlaskają, nawet wtedy, kiedy nie jedzą. Budzi to we mnie niemal agresję (którą, uwaga, tłumię i opanowuję, bo nie jestem pępkiem świata). To co, zorganizujecie dla mnie w knajpie "strefę bez mlaskania"? A może "strefę bez osób, które mają wysoki głos" (sama mam)? A może "strefę bez osób, które, rozmawiając, dotykają rozmówcy"? Chciałabym po ośmiu godzinach ciężkiej pracy wypocząć bez mlaskających ludzi. Albo pójść na randkę w miejsce, gdzie nie będą mi towarzyszyły tego typu efekty dźwiękowe. Czy tak dużo wymagam?! 

Można oczywiście zaryzykować stwierdzenie, że wrzeszczący-i-demolujący-restaurację-smarkacze przeszkadzają większości osób. Szczególnie, jeśli rodzice nie reagują. Mnie denerwują w takim momencie raczej właśnie rodzice, ale to już kwestia indywidualna. Ale, uwaga, nie każde dziecko zawsze jest wrzeszczącym-i-demolującym-restaurację-smarkaczem! Na agresję, wyzwiska, nieszanowanie czyjejś pracy i wandalizm nie można pozwolić nikomu - dzieciom oczywiście także (ale tym dwumetrowym osiłkom z osiedla, co to nawet patrol policji boi się podejść, też, nawet - tym bardziej). Niestety - jest tego zbyt dużo, żeby eliminacja zjawisk czasami irytujących, ale w gruncie rzeczy - całkiem normalnych (takich jak rozbawione albo zniecierpliwione dziecko w restauracji albo mlaskający ludzie) mogły stać się moim priorytetem.

Kiedyś jechałam pociągiem, mając za towarzyszy podróży Mamę z dwójką dzieci. Chłopczyk miał z pięć lat, dziewczynka - ze dwa. Dzieci grzeczne, ale ciekawe świata. "Przeszkadzały". Na przykład uznały, że to świetna zabawa, żeby co jakieś pięć minut prosić mnie (bardzo uprzejmie i uroczo) o pokazanie książki, którą czytam ("Catch 22", ani pół obrazka). Skończyło się tym, że Mała wpakowała mi się na kolana i że porozklejali moje fiszki po całym przedziale. To była świetna podróż. Miałam dobry humor przez kilka następnych dni. I, żeby nie było, książka była na zajęcia za dwa dni, a zaczynała się sesja, miałam robotę i mogłam wyrazić zdecydowany sprzeciw. Ale ominęłoby mnie naprawdę fajne doświadczenie! Nie wmawiam nikomu, że lubi dzieci, jeśli ich nie lubi. Pozostali pasażerowie się uśmiechali, ale nie wchodzili w bliższy kontakt. Tylko że mnie te maluchy na początku też "denerwowały". Odpuściłam na chwilę - i się opłaciło.

Nie da się wyeliminować ze świata wszystkiego, co nam "przeszkadza" i działa na nerwy. W końcu nie da się wyeliminować z niego nawet zachowań po prostu destrukcyjnych. Możemy mieć strefę bez różnych "przeszkadzających" nam rzeczy - we własnym domu. Wychodząc - narażamy się na to, że ktoś będzie nam "przeszkadzał" i że my będziemy "przeszkadzali" komuś. Nie chodzi o to, że daję sobie prawo do tego, żeby o innych nie myśleć, bo, w związku z tym, wszystko mi wolno. Tolerancja swoją drogą, ale empatia - swoją. Gdybym jednak ciągle się zastanawiała nad tym, co może innych irytować, to nawet bez Małej nie wychodziłabym z domu (bo może za głośno się śmieję, mam irytującą postawę, czytam książkę zamiast patrzeć w okno, patrzę w okno zamiast czytać książkę...). 


I cały wywód tylko po to, żeby uzasadnić, dlaczego ten pomysł po prostu osobiście uważam za słaby. Bo, co oczywiste, jeśli chodzi o instytucje komercyjne i prywatne - to ich sprawa, czy mają strefę bez dzieci, bez kobiet, bez homo albo hetero czy bez blondynów. Sorry, taki mamy rynek. Nie popieram i wcale mnie to nie cieszy. Ba, miałabym chyba mściwą satysfakcję, gdyby takie lokale jakoś tak dziwnie bankrutowały, pewnie zadziałałoby to lepiej niż odgórne antydyskryminacyjne regulacje, no ale cóż - jest popyt, jest podaż. To, że ktoś uważa mnie i moje, naprawdę grzeczne jak na niemowlę, dziecko, za intruza - irytuje mnie i sprawia mi przykrość. Jednak - proszę bardzo, to mi tylko "przeszkadza". Do lokalu "bez dzieci" po prostu się nie wybiorę, choćbym miała zamiast tego zjeść fast fooda, batonika albo w ogóle niczego nie zjeść. I to wcale nie dlatego, że jako "ta-nawiedzona-roszczeniowa-matka" wszędzie chcę ciągnąć "tego-rozwrzeszczanego-bachora".

A tak swoją drogą - poważnie? Naprawdę trudno o lokal, do którego, po prostu, rodzice z dziećmi nie przychodzą? Bez żadnego "zakazu"? Za czasów bez Groszka bywaliśmy w różnych knajpach całkiem często. Baaardzo rzadko spotkaliśmy rodziny z dziećmi (poza miejscami po prostu "rodzinnymi" w sposób oczywisty), już nie mówiąc o tych mitycznych zmienianych na stole pieluchach ...

środa, 5 listopada 2014

Zdolne dziecko - instrukcja obsługi

Brzmi to potwornie nadęcie. Proszę zwrócić uwagę, że stosuję czas przeszły i próbuję spojrzeć na sprawę z pewnym dystansem, obiektywnie i bez fałszywej skromności. Tak, byłam dzieckiem "zdolnym", jeśli mierzyć tę "zdolność" standardami polskiej edukacji szkolnej. Tak, standardy te są co najmniej kontrowersyjne, ale o tym może kiedy indziej. Nie, dziecko, które wygrywa konkursy i przynosi ze szkoły same szóstki nie jest dzieckiem, które nie ma żadnych problemów i o którego psychikę nie trzeba się (szczególnie?) zatroszczyć. O tym, z własnego, tym razem niemacierzyńskiego a dziecięcego doświadczenia.

Porównywanie jest ZŁE.
Nie tylko dla osoby porównywanej. Osoba, do której się porównuje, też znajduje się w sytuacji co najmniej przykrej. Albo rzeczywiście uwierzy w to, że jest zdecydowanie lepsza od innych i przewróci jej się w głowie, albo będzie miała do siebie mnóstwo pretensji. Jak byście się czuli, gdybyście wiedzieli, że wasze sukcesy to, przynajmniej pośrednio, przyczyna czyjegoś nieszczęścia? Że ktoś was serdecznie nie lubi albo niedługo serdecznie znielubi, bo ciągle słyszy, jacy to wy jesteście mądrzy/zdolni/wysportowani/grzeczni etc? Wiele zdolnych dzieci ma z tego powodu problemy w relacjach z rówieśnikami - trudno wymagać od dzieci, by lubiły kolegów, którzy zawsze są "lepsi", "lepiej wychowani" i "na-pewno-nie-marnują-tyle-czasu-grając-na-komputerze-więc-mają-dobre-oceny". Zarówno dziecko porównywanemu, jak i temu, do którego się porównuje, odbiera się w ten sposób możliwość cieszenia się z sukcesu - cudzego lub własnego. Czasami wolałoby się już nie mieć tej piątki z trudnej kartkówki, żeby tylko znowu inni na ciebie krzywo nie patrzyli...

Zdolne dziecko trzeba chwalić!
Dowiedziałam się ostatnio, że nie można chwalić dziecka za to, co dla niego naturalne, że należy chwalić wysiłek, nie rezultat. To całkiem użyteczna rada, szczególnie, jeśli dziecko ma z czymś kłopot - najlepszą zachętą będzie cieszenie się z nawet całkiem malutkich postępów. ALE. To, że dziecku nauka przychodzi łatwo, wcale nie znaczy, że nie warto go pochwalić za imponujące rezultaty. Może to zabrzmi dziwnie, ale to nie jego wina, że jest zdolne. Dlaczego ma więc być pozbawione nagrody? Grozi to poczuciem zepchnięcia na boczny tor i niedoceniania - po co mi te piątki, skoro wszyscy uważają, że to po prostu normalne? Co muszę zrobić więcej, żeby zasłużyć na uznanie?
ALE
Z pochwałami trzeba uważać!
Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że zdolne dzieci warto chwalić przede wszystkim w cztery oczy. Czasami nauczyciele, publicznie mnie doceniając, zamiast nagrodzić mój wysiłek, wprawiali mnie w potworne zakłopotanie, równocześnie prowokując zazdrosne albo złośliwe szepty: "bo ona przecież wszystko umie..."

Uwaga na porażki!
Porażki zdarzają się każdemu. Ale niektórzy są do nich przyzwyczajeni, niektórzy doznali ich akurat tyle, żeby nauczyć się, jak otrzepać się i pójść dalej, a niektórym zdarzają się na tyle rzadko, że urastają do rangi życiowych tragedii. Dziecko, któremu zwykle wszystko się udaje, może zareagować dziwnie, jeśli coś nagle się nie uda albo uda się w mniejszym stopniu. Pozornie błaha sprawa (trójka zamiast piątki z klasówki, wyróżnienie zamiast pierwszej nagrody w konkursie) może je kompletnie załamać. W końcu to nowa albo prawie nowa, bardzo przykra sytuacja, a reakcje otoczenia czasem czynią ją jeszcze bardziej przykrą. Nie wolno tego zlekceważyć. Z zewnątrz wydaje się to drobiazg - "od środka" - zdecydowanie nie. Warto dać dziecku znać, że, przez porażkę nie stało się nagle "głupkiem" z "geniusza" i próbować podsuwać różne sposoby radzenia sobie z porażkami.

Nie ma potrzeby werbalizowania zdziwienia
Jedną z najgorszych rzeczy, które towarzyszyły moim (stosunkowo nielicznym) szkolnym potknięciom, było generalne zdziwienie. "No jak, ty nie zdałaś/dostałaś jedynkę/pomyliłaś się?!" No tak, ja. Wiem, że są osoby, które tego typu pytania traktują jako rodzaj komplementu. Ja, słysząc coś takiego, miałam głębokie przekonanie, że otoczenie się na mnie zawiodło. Że uważali mnie za mądrą, a teraz przestaną. I że w ogóle przestanę być wartościowa, bo przecież bycie "zdolnym" to najważniejsza część mojej tożsamości, w końcu to ją w kółko się podkreśla...
No i, tak całkiem praktycznie, co odpowiedzieć na takie pytanie? Od kiedy trochę podrosłam, przychodziły mi do głowy tylko odpowiedzi nienadające się do publikacji. Czy to naprawdę takie zdumiewające, że każdemu zdarza się błąd?


"Zdolne" dziecko to normalne dziecko
Dobry, pilny uczeń nie musi być równocześnie doskonale grzeczny i "zaszyty" w książkach. Może oczywiście być introwertyczny "z natury", może jednak także wycofywać się, bo uważa się za "lepszego" albo dlatego, że zmaga się z odrzuceniem zazdrosnych i zmęczonych jego "zdolnością" rówieśników. Może pragnąć ich aprobaty i próbować ją zdobyć na różne, czasem szkodliwe sposoby - choćby dając się wykorzystywać albo podejmując działania ryzykowne. Może wreszcie, tak jak każde dziecko, mieć po prostu potrzebę wyjścia na podwórko, zabawy z kolegami, gry w piłkę, randki, imprezy. Wiem, że to nie pasuje do szufladki z "kujonami". Ale szufladki poza komodą są zupełnie bez sensu, tak często się nie domykają albo brakuje im dna. Brak problemów w szkole nie chroni od innych problemów - wychowawczych, emocjonalnych, życiowych. Standardowe "dobrze-mu-idzie-w-szkole-jakie-może-mieć-kłopoty?" nie zawsze się sprawdza. Oczywiście - może nie mieć żadnych albo tylko drobne. Ale to wcale nie jest powiedziane.

czwartek, 30 października 2014

Dziecko w przestrzeni publicznej. Apologia

Miałam na początku poważne problemy, kiedy gdzieś z Groszkiem wychodziłam. Była jeszcze malutka i trudno było przewidzieć, jak się zachowa (chociaż zazwyczaj zachowywała się grzecznie). Jeśli zapłakała lub zaczynała marudzić gdzieś w sklepie albo nawet w parku, kuliłam się jakoś i byłam nieco zawstydzona (poza tym, oczywiście, że martwiłam się i starałam uspokoić dziecko). Bo przecież "mogę komuś przeszkadzać". W końcu nikt nie lubi słuchać płaczu dziecka. Nie każdy rozumie, że dziecko bywa marudne. Nie każdy w ogóle lubi dzieci...

Ostatecznie doszło do tego, że nawet zagadując i śmiejąc się do Małej zastanawiałam się, czy komuś nie przeszkadzamy (w parku, tramwaju, sklepie, restauracji...). Ba, nawet po prostu idąc z wózkiem, rozglądałam się z niepokojem i nie czułam się do końca komfortowo. Może i Groszek akurat nie hałasuje. Ale przecież któraś z mijających mnie osób może bezskutecznie starać się o dziecko. Albo mieć na przykład, nie daj Boże, dziecko bardzo chore, z którym na spacer wyjść się nie da. Przecież nie chcę, żeby z naszego powodu było komuś przykro, nawet jeśli to ma być tylko krótka, nieprzyjemna myśl...

Tak się nie da żyć. Delikatność delikatnością, ale w końcu komuś może być przykro nawet, kiedy zobaczy po prostu mnie, bo, na przykład, mogę chodzić, widzę, mam jego wymarzone zielone oczy albo przyzwoitą sylwetkę bez specjalnych wyrzeczeń. To naturalne uczucie. Też mnie coś czasem ukłuje, jak zobaczę piękną, długonogą brunetkę z cudną fryzurą. Nie zamknę się z tego powodu w domu i nie będę tego bez przerwy analizowała, chociaż nie znoszę robić innym przykrości. Jestem delikatna i staram się myśleć o innych. Ale nie będę siedziała w domu do czasu, kiedy moje dziecko będzie całkiem dorosłe, bo jego obecność gdzieś może być dla kogoś dokuczliwa!

Jasne, że są miejsca, w które lepiej dzieci nie zabierać (tak jak i innych osób, które z jakiegoś powodu nie są w stanie zachowywać się cicho (na przykład kaszlących lub zakatarzonych) lub po prostu odpowiednio). Do teatru, kina - raczej na widowiska przeznaczone dla dzieci. Do kościoła - jak najbardziej, ale raczej też na specjalną mszę. Na wykład na uczelnię - no, niekoniecznie. I oczywiście absolutnie nie w miejsca, gdzie dziecku coś zagraża. Ale nie widzę żadnego problemu w wyjściu z maluchem do sklepu (nawet, jeśli mu się tam nie spodoba i zacznie płakać), do restauracji, do znajomych, do tramwaju, na koncert (ze słuchawkami rzecz jasna)... 

Jestem przekonana, że kursowanie tylko na trasie dom-park-przychodnia (ewentualnie dom dziadków, raz na jakiś czas) to kiepski pomysł. Kiedy dziecko ma się nauczyć, jak powinno się zachowywać wśród ludzi, jeśli go do nich nie zabierzemy, żeby "nie przeszkadzać"? Skąd ma wiedzieć, że na świecie jest mnóstwo ciekawych miejsc, które można odwiedzić, osób, które można poznać, rzeczy, które można obserwować? I to nie tylko w przeznaczonym dla niego muzeum czy sali zabaw, ale też w tramwaju czy galerii? Jasne, jest kwestia odporności. Kwestia bezpieczeństwa. Wiem, przecież jestem niezłą panikarą. Ale COŚ stać się może zawsze. Mało szansy na wypadek w domu, nawet takim najczystszym i najporządniejszym? Mało bakterii przynoszą rodzice z zakupów czy z pracy (nawet jeśli dokładnie myją ręce, zanim zbliżą się do dziecka)? Maleństwo jest znacznie mniej odporne i ciężej przechodzi infekcje - to prawda. Ale przynajmniej się nie rusza, więc nie rozwali sobie głowy, nie zniknie w tłumie i nie wyrwie się na ulicę - pewna doza ryzyka jest chyba wpisana w rodzicielstwo, chociaż to smutne i takie męczące.

Ciągle czasem myślę, że może Mała za bardzo się komuś w tramwaju przygląda albo że kogoś męczy jej płacz. Ale zaraz potem zadaje sobie pytanie: A tobie to przeszkadza, kiedy jesteś bez dziecka? Nie. Mi nie przeszkadza. Uwielbiam oglądać dzieci w świecie. Maluchy, obserwujące ludzi, nawet te, pokazujące palcem i dziwiące się okularom albo nietypowemu kolorowi włosów. Te, które zaczepiają, uśmiechają się, a potem chowają i udają, że się wstydzą. Te, które szaleją i się wygłupiają (tak, wycieczki szkolne w tramwajach też lubię!). Zawsze im odpowiadam uśmiechem. Poprawiają mi humor i dodają energii, kiedy jestem zmęczona. Rozczula mnie ich zdziwienie, towarzyskość, zainteresowanie światem. Płacz też mnie nie irytuje. W końcu przecież to dziecko nie krzyczy, po to, żeby mi uprzykrzyć życie. Nawet kiedy nie byłam jeszcze mamą, budził we mnie współczucie i czułość, nie złość. 

Nie mówię, że dziecku wszystko wolno. Myślę jednak, że siedząc w domu zasad współżycia społecznego się nie nauczy. A kiedyś w końcu będzie musiało z tego domu wyjść.

Lubię wychodzić z Groszkiem i Groszkotatą do miasta, nawet do głupiego spożywczaka. Żebyśmy mogli pobyć razem, pobyć razem nie w domu, tylko w świecie. Bo przecież rodzina, cała rodzina, nie tylko ojciec w robocie i matka w warzywniaku (a wózek z dzieckiem przed sklepem), to część świata. Przede wszystkim - dziecko, to część świata. Ma prawo w nim funkcjonować. Jak każdy. Przestrzegając pewnych zasad, rzecz jasna. Cóż, jeśli komuś to przeszkadza - trudno.

sobota, 4 października 2014

Groszek w mamy żywiole, czyli pierwszy raz na basenie

Jako dziecko bałam się wody. Jednak od kiedy lęk minął - właściwie mogłabym z niej nie wychodzić. Jeśli chcę odreagować stresy, spalić kalorie albo po prostu się poruszać - idę na basen. Jeśli coś mnie boli albo jestem zmęczona - do oporu moczę się w wannie. Po długiej, wymuszonej ciążą (obawa przed infekcją), połogiem i brakiem czasu, abstynencji, jakiś czas temu sama wróciłam do pływania. I dało mi to tyle radości, że postanowiłam zarazić Groszka swoją miłością do wody. Od dzisiaj mamy więc w domu małe Krakeniątko.

Pływamy w grupie niemowląt od 3 do 9 miesiąca (po jakimś czasie pewnie przeniesiemy się do grupy dla nieco starszych maleństw, ale pozwolimy jeszcze Groszkowi trochę oswoić się z wodą). Zajęcia to chwila krótkiej rozgrzewki, po której następuje półgodzinne pluskanie i pływanie w ciepłej wodzie, pod opieką sympatycznych i troskliwych instruktorów, w towarzystwie kaczuszek i piłeczek (kolorowe, gumowe piłki, które w pewnym momencie z pluskiem wsypały się do wody, zrobiły na Groszku zdecydowanie największe wrażenie). Maluchy oswajają się z wodą i, właściwie bez wyjątków, są, co najmniej, zainteresowane. Byłam tym nieco zaskoczona, bo w końcu basen to nowe bodźce - dźwięki, zapachy, doznania, ale płacz czy okrzyki niepokoju podczas zajęć należały do rzadkości (co innego w szatni...) - nawet zupełne maluchy sprawiały wrażenie spokojnych i zrelaksowanych. 

Nasza Córka to prawdziwa ryba w wodzie. Czuje się w niej tak swobodnie, że na większość ćwiczeń nie zwróciła specjalnej uwagi, fascynując się, jak podczas codziennej kąpieli, przede wszystkim gumową kaczuszką i piłeczkami, które dostała do zabawy. Jednak im dłużej trwały zajęcia, tym bardziej była rozluźniona i tym większą przyjemność czerpała z kąpieli. Pod koniec zrelaksowała się tak bardzo, że prawie usnęła ;).

Jako że Groszek jest obecnie na etapie "mama-wyszła-do-drugiego-pokoju-czy-to-znaczy-że-odeszła-na-zawsze", po raz pierwszy do wody weszła ze mną. Bawiłam się fantastycznie. Mam wrażenie, że, o jeśli to w ogóle możliwe, dzięki wspólnemu pływaniu zżyłyśmy się ze sobą jeszcze mocniej. Każde ćwiczenie zakładało duże ilości czułości i bliskości, a to przecież to, co Groszki i ich mamy lubią najbardziej! Dodatkowym plusem jest obecność innych rodziców i innych Maleństw - wygląda na to, że, w codziennym zamieszaniu, chwile na basenie pozwolą nam na spokojną socjalizację. Ja - po wyjściu miałam mnóstwo energii. Mała znowu, z powodu mnogości wrażeń - błyskawicznie zasnęła i przespała w dzień ponad godzinę w łóżeczku! Jak na razie - same plusy. Z bólem serca przyszłotygodniowy basen powierzam Groszkotacie, który stanowczo sobie tego zażyczył. Widać - też mu się podobało.

 [Wszystkim, którzy wybierają się na basen z Maluchami - proponuję, przynajmniej po raz pierwszy, zaangażować w wyprawę kogoś do pomocy. Samodzielne przebranie Maleństwa i siebie w zatłoczonej szatni i dopilnowanie wszystkich rzeczy, które nie powinny przy okazji zginąć na pierwszy rzut oka wydaje się sportem ekstremalnym. Poza tym - Groszkotato zrobił dziś serię wspaniałych zdjęć!]


środa, 24 września 2014

10 najmilszych niespodzianek

Ostatnio było strasząco-ponuro, dzisiaj będzie radośnie i optymistycznie. Bo, jak już wspomniałam, jako matka Dziecka-Bardzo-Zbliżonego-Do-Ideału, mam naprawdę całkiem nietrudne życie i muszę publicznie to przyznać, żeby nie wyjść na niewdzięczną. Jeśli ktoś Wam mówi, że kiedy pojawi się dziecko, Wasz świat wywróci się do góry nogami - prawdopodobnie ma rację. Ale jeśli przy okazji straszy, że nie będziecie za często spać i jeść, a prysznic to w ogóle tylko wtedy, kiedy znajdziecie całą armię babć/cioć/koleżanek do pomocy - może racji nie mieć. I tego Wam życzę! Oto moich 10 najmilszych macierzyńskich niespodzianek.

1. Brak ciążowych dolegliwości
Okazuje się, że ciąże bezproblemowe istnieją. Moja taka była. Żadnych mdłości (a w genach je mam, i to jakie), zachcianki - zdecydowanie do opanowania, kłopoty z poruszaniem się - tylko na końcu, brzuch - niezbyt wielki, mimo słusznych rozmiarów Groszka. Co więcej - z kłębka nerwów, który martwi się dosłownie wszystkim, na tych 9 miesięcy stałam się niemal stoikiem, jeśli chodzi o wszystko, poza dzieckiem. Mój Mąż poznał, że coś jest nie tak, kiedy, jeszcze nie wiedząc o istnieniu Groszka, poszłam na rozmowę na studia doktoranckie i zamiast histeryzować pod drzwiami czytałam jeszcze książkę dla rozrywki, a po wyjściu stwierdziłam, że było dobrze, zrobiłam co mogłam i zobaczymy, co powie komisja ;). Żeby nie było tak różowo - wszystkimi badaniami, wynikami i problemami Malutkiej stresowałam się bardzo i robiłam się wtedy dość żałośnie bezradna, ale cóż, nie można mieć wszystkiego ;).

2. Połóg
Poza tym, że musiałam odczekać 6 godzin zamiast trzech, zanim podniosę się po porodzie z łóżka, bo miałam ciśnienie za niskie nawet jak na mnie, do sprawności fizycznej wróciłam właściwie natychmiast. Przewijałam, nosiłam, siedziałam (mimo rany po nacięciu, zszyto mnie ładnie i fachowo i zapomniałam o tym w ciągu dwóch-trzech tygodni) i jadłam z apetytem już kilka godzin po porodzie, a w tydzień po, gdyby nie pozostałości brzucha, pewnie trudno byłoby poznać, że niedawno rodziłam i że poród naprawdę dał mi w kość. Poczekałam posłusznie ze sportami 6 tygodni, ale miałam na nie ochotę znacznie wcześniej ;). Tak też może być!

3. Karmienie piersią
Byłam co do tego pełna obaw. Na pytanie, czy będę karmić, odpowiadałam zawsze: "Chciałabym, jeśli się uda..." (ripostę: "Nie, głodzić" poznałam niestety za późno). Bałam się, że będę miała kłopot z przystawianiem, że Groszek nie zechce jeść, że będzie głodna, że trzeba będzie przejść na butelkę, a z moim roztrzepaniem i skłonnością do niechlujstwa to przecież grozi zatruciem pokarmowym... Jasne, że na początku przystawiałam dziecko groteskowo niesprawnie a karmić na siedząco nauczyłam się dopiero po miesiącu. Problem z pękającymi brodawkami prawie zaprowadził nas na pogotowie, bo Małej ulało się moją krwią. Prawda jest taka, że na przez chwilę myślałam, że te trudności nigdy się nie skończą. Ale Mała od początku je z apetytem, laktacja szybko się unormowała, a ja teraz jestem tak sprawna, że mogę właściwie spacerować z Groszkiem przy piersi. Oczywiście - może być ciężko albo po prostu się nie dać. Ale może być też całkiem miło i przyjemnie.

4. Sen
Groszek ma ponad pół roku. Od czasu dwóch dób porodowych nie miałam jeszcze nieprzespanej nocy. Owszem, Mała budzi się na karmienie (czasem jeszcze po kilka razy) i, owszem, jest to męczące. Ale można się przyzwyczaić. Nawet jeśli budzi się około drugiej, w świetnym humorze, i przez godzinę rozkosznie gaworzy, nie zamierzając wcale zasypiać albo jeśli budzi się z płaczem, bo miała zły sen i trzeba ją utulić. Już nie potrzebuję dosypiania w dzień, staram się tylko tak zorganizować czas, żeby móc się w miarę szybko położyć. Co pomaga? Niezmuszanie dziecka do spania - po 20 minutach usypiania jestem zmęczona dużo bardziej niż po godzinie przysypiania przy bawiącej się w łóżeczku Małej. I dobry układ z Tatą - nasz, jako że wstaje do pracy, bierze Małą i szykuje się razem z nią, co pozwala mi chociaż trochę odespać nocne karmienia.
 
5. Czas dla siebie
Naprawdę, nie mogę narzekać. W dzień Groszek często sypia w nosidełku - mogę wtedy posprzątać, ale też poczytać, popisać, popracować albo nawet się przespać. Babcia chętnie pomaga, nie mówiąc już o Mężu, dzięki któremu mam czas i na basen, i na ciepłą kąpiel, i na poczytanie blogów, i nawet na bezsensowne lenistwo. Na spacery lub do sprzątania wyposażam się w audiobooki i mam chyba nawet więcej wolnego czasu niż wtedy, kiedy studiowałam trzy kierunki na raz ;).

6. Życie towarzyskie
Fakt, można mnie nazwać "ludziosceptyczką". Oczywiście, istnieją osoby, z którymi uwielbiam spędzać czas, ale moje potrzeby towarzyskie nie są szczególnie rozbuchane. Nie znaczy to jednak, że ich wcale nie ma i że czasami nie dokucza mi samotność. Ale okazuje się, że Groszek to stworzenie bardzo społeczne i lubi i imprezy, i gości na Lidze Mistrzów, i duże rodzinne zloty. Z niewielu rzeczy muszę rezygnować, a na ploteczki (niestety, z przyczyn geograficznych, najczęściej wirtualne) z przyjaciółkami miewam teraz nawet więcej czasu i ochoty!

7. Cierpliwość do Groszka
Jestem nerwusem i choleryczką. Łatwo się wściekam i raczej nie mam w zwyczaju tłumić emocji. Trochę się bałam, że będzie mi się zdarzało na Małej wyżywać i do końca życia sobie tego nie wybaczę. O dziwo, poza krótkimi chwilami bezradności, mam do niej całe morze cierpliwości, prawdopodobnie zaoszczędzonej przy okazji kontaktów z innymi ;). Nigdy sobie nie wyobrażałam, że będę w stanie przez godzinę wymyślać nowe zabawy, żeby urozmaicić marudzącemu dziecku podróż samochodem albo że dam radę przez kilkadziesiąt minut śpiewać tę samą kołysankę. Ciekawe, kiedy mi to minie...  

8. Macierzyńska intuicja
Fajnie jest się przed porodem wielu rzeczy dowiedzieć i nauczyć. Mam jednak wrażenie, że wszystkiego nauczyć się nie da i że każda mama przed narodzinami ma obawy, czy ze wszystkim da sobie radę, czy nie skrzywdzi, czy nie zaniedba czegoś ważnego... Coraz częściej się przekonuję, że warto ufać macierzyńskiej intuicji. Że nawet nie tyle wiem, co wyczuwam, czego Mała potrzebuje, co jej dolega, na co ma ochotę i co sprawi, że wyciszy się i uspokoi. Że dobre rady są dobre, ale to, co same czujemy - lepsze. I że czasem można po prostu zaufać sobie, a efekty będą zdumiewające.

9. Ludzie
Mój "ludziosceptycyzm" został po narodzinach Groszka wystawiony na ciężką próbę. Jeśli w czasie ciąży bywało różnie (nie będę marudzić na nieustępujących akurat mi miejsca w tramwajach lub urządzających sceny, że siedzę, bo czułam się w ciąży naprawdę nieźle i to nie był duży problem, ale w tej kwestii, jako społeczeństwo, mamy jeszcze dużo do zrobienia), to teraz, kiedy Groszek ma już te swoje śliczne oczka i milutki, choć bezzębny, uśmieszek, pozytywne impulsy płyną do nas z każdej strony. Ludzie pomagają, zagadują, uśmiechają się, podziwiają. Jeśli nawet coś komentują, to raczej przyjaźnie, z troską (chociaż za to: "czy nie jest jej zimno?" mam czasem ochotę gryźć). 
Choćby dzisiaj - byłam zmuszona nakarmić małą na samym środku galerii handlowej (nie było żadnej wolnej, ustronnej ławki ani kącika do karmienia, cóż, zażenowana nieco wyjęłam chustę, usiadłam i nakarmiłam, gdzie się dało) i otrzymałam tylko kilka przyjaznych uśmiechów. A potem, w tramwaju, pewien miły Pan, który spodobał się Groszkowi na tyle, żeby miała ochotę go pozaczepiać, uratował mnie przed poważnym protestem z powodu udaremnienia ostatecznej konsumpcji biletu.

10. GROSZEK
Zaskoczyło mnie ogromnie, jak bardzo można pokochać dziecko. Jak nadzwyczajnym i niemożliwym do opisania jest moment, kiedy je widzisz i wiesz, że jest twoje, że nosiłaś je pod sercem a teraz możesz wreszcie je przytulić "na zewnątrz". Że potem, nawet po najcięższym dniu, można się jeszcze rozczulić, bo tak słodko śpi w łóżeczku, przytulając się do ulubionego pluszaka. Że każdy uśmiech to dawka energii porównywalna z kubkiem kawy (chociaż czasem nie może jej zastąpić). Że zrobiłoby się wszystko, żeby je chronić, żeby nie przestawało się śmiać i żeby było bezustannie radosne. 

Mamy takie szczęście, że tych wszystkich 10 niespodzianek przydarzyło się nam na raz. Biorąc pod uwagę, że podobno byłam niemowlęciem jak z horroru, a jako matka muszę się jeszcze wiele nauczyć, zupełnie nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Nie jest idealnie. Pewnie nawet nie chciałabym, żeby było. Niespodzianki, które fundują nam Maleństwa, bywają jednak nie tylko naprawdę niespodziewane, ale i naprawdę fantastyczne!

poniedziałek, 15 września 2014

Bardzo osobisty wpis o nadmiernych ambicjach

Czytałam dzisiaj, dobrych ponad sześć miesięcy po porodzie, bardzo dobry wpis okołoporodowy na blogu mumandthecity. Od kiedy założyłam tego bloga, zastanawiałam się, czy w ogóle o porodzie pisać. Bo może jest to coś, co powinnam zachować dla siebie? Jeśli mam do siebie pretensje i uważam, że się nie sprawdziłam - to czym tu się chwalić? O czym tu publicznie opowiadać? Po co straszyć (przecież tak nienawidziłam, jak w ciąży mnie straszono)? Ale może ktoś ma podobne problemy. Może boryka się z presją otoczenia albo sam sobie stawia zbyt wysokie wymagania. Może komuś pomogę... A może sobie?

Rodziłam siłami natury. W szpitalu, w którym naprawdę o mnie zadbano (poza tym, że pojechałam do niego dwa razy, raz zbyt wcześnie i że nie dałam się wtedy w szpitalu zatrzymać, za co też mam do siebie pretensje, bez sensu zresztą). Urodziłam zdrowe, duże, śliczne dziecko, z którym po dwóch dniach mogłam spokojnie pójść do domu. Nadal jednak, najczęściej o czwartej rano, kiedy Mała budzi się na karmienie, męczę się z myślą, że zupełnie się na tej porodówce nie sprawdziłam, że kompromitacja i żenada. Właśnie o tym będzie. Zapowiadam szczerze. Proszę, żeby czytały tylko te osoby, które czują, że mają na to ochotę.

Od początku ciąży byłam przekonana, że poród to coś zupełnie do zniesienia. Że natura to tak urządziła. Że jestem młoda, zdrowa, silna, wysportowana, że mam "dobre biodra", że moja drobniutka Mama urodziła siłami natury dwoje dużych dzieci - że na pewno sobie poradzę. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu szkoła rodzenia. Oddychanie, masowanie, piłki, wanna - wsłuchaj się w siebie, a wszystko będzie dobrze. Nadal wierzę, że to możliwe. Że się da. Że można przeżyć poród jako coś mistycznego, niesamowitego. Mnie się to nie udało.

Przez ponad dobę miałam bóle krzyżowe, które potem "zlały się" ze skurczami. Wiem to teraz, w szpitalu nikt o tym nie mówił. Wyraźnie mówiłam, że boli strasznie, od pleców. Wszyscy kiwali głową i mówili, że to skurcze przepowiadające, że na KTG nic nie wychodzi, że tak naprawdę to jeszcze nic i że będzie gorzej. Wtedy zaczęłam być naprawdę przestraszona.
[Ważne: Bóle krzyżowe ma tylko część kobiet. Nikomu tego nie życzę i naprawdę nie musi się to zdarzyć!]

Wiedziałam, że będę rodzić długo. U nas w rodzinie wszystkie kobiety rodziły długo, w ten sposób płacimy za szyjki macicy, które, odpukać, od co najmniej kilku pokoleń nie zawodzą. Byłam na porodówce prawie dobę. Wzięli mnie od ginekologa, u którego byłam na kontrolnej wizycie i który, kiedy siadłam na fotelu, wykrzyknął: "Ale przecież pani wody odchodzą!", o 9 rano. Wody się sączyły, mieli szybko indukować poród. Nie protestowałam, chociaż nie byłam zwolenniczką tego pomysłu. Czekaliśmy potem, aż się samo rozkręci, bo dolny biegun pęcherza płodowego dobrze trzymał. Ostatecznie podali oksytocynę (skurcze nagle z 50% skoczyły do 100%, z tych trzech godzin po oksytocynie już niewiele pamiętam, poza tym, że traciłam z bólu kontakt z rzeczywistością), wszystko ruszyło, a później Mała, po 20 minutowej drugiej fazie porodu, znalazła się na świecie.

I niby wszystko ostatecznie w porządku. Za drugą fazę porodu położna nas pochwaliła, na moje nerwowe pytania o to, czy bardzo byłam niewspółpracująca i jeszcze bardziej nerwowe przeprosiny, uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że to nic nie szkodzi. Ale kiedy przy 5 cm rozwarcia zaczęły się skurcze parte, a ja przecież jeszcze wtedy zupełnie przeć nie mogłam... Tak bardzo chciałam to wszystko przeżyć z "godnością". Pokazać wytrzymałość. Być dzielna. A zostałam bardzo mocno skonfrontowana z własnymi ograniczeniami. Ze słabością. Z bezradnością. Byłam, tak naprawdę, mimo że otoczenie mnie wspierało, a Mąż cały czas był na każde zawołanie, sama. I jedyne, co wiedziałam i co pozwalało przeżyć to to, że ten ból musi się wreszcie skończyć.

Wiem, że nie byłam doskonałą rodzącą. Miałam jakieś takie durne wizje lekarzy kiwających głowami i mówiących: "Jaka ona dzielna" (tak mnie zawsze chwalili dentyści :P) i dumnego ze mnie Męża. Miałam wizję siebie jako bohaterki, rodzącej w pełnej godności ciszy, pamiętającej o oddychaniu i wzorowo grzecznej dla wszystkich. No i żadna z tych wizji się nie sprawdziła (chociaż rzeczywiście, nie bluzgałam i nie wymyślałam Mężowi, nawet mi to do głowy nie przyszło, za bardzo mnie bolało). Muszę z tym sobie jakoś dać radę. Jeszcze nie dałam. 

Rodzina się ze mnie podśmiewa. Zawsze musiałaś być we wszystkim najlepsza, perfekcyjna i w ogóle, ale akurat na porodówce mogłaś sobie odpuścić. Ale mi nie jest do śmiechu. Trudno być matką "dziecka idealnego", jeśli się na nie nie zapracowało w żaden sposób, nawet "idealnym porodem". Po prostu - takie jest, mimo że matka miękka i nieodpowiedzialna. Zadajesz sobie pytanie: czemu? Czemu, skoro jestem taka słaba i beznadziejna, dostałam dziecko, które jest naprawdę cudowne? Cieszę się z niego ogromnie i każdego dnia dziękuję za nie jak tylko mogę, ale przecież nie zasłużyłam. I dalej chyba nie zasługuję. Dlaczego, kiedy pojawia się któryś z rzadkich kryzysów, zamiast pomyśleć o tych biednych matkach, które mają dużo gorzej i przecież się trzymają, natychmiast pękam? Może jestem po prostu na macierzyństwo za słaba?

Dochodzę ze sobą do ładu. Korespondowałam z dwiema psycholożkami, dały dużo wsparcia. Wiem, że ten problem z pozoru jest śmieszny. Też się do niego czasem, coraz częściej, ironicznie uśmiecham...

A na koniec, żeby nie było tak śmiertelnie poważnie - moja własna anegdotka z porodówki.
Groszek ma już zaraz pojawić się na świecie. Właśnie skończył się przedostatni skurcz party.
- Panie doktorze, skurcz, skurcz! - krzyczę.
- Już, następny!?
- Nie, w łydce!
I taką miałam okołoporodową opiekę, że mój Ginekolog nie tylko powitał Małą na świecie, ale także, bardzo fachowo, rozmasował mi nogę ;).

niedziela, 7 września 2014

Groszkowa półrocznica

Powitaliśmy Groszka na tym pięknym świecie dokładnie 6 miesięcy, jeden dzień i trzy godziny temu. Wczoraj, ze względu na bogaty, świąteczny program, na mamopisanie nie było czasu. Dzisiaj nadrabiamy. Małym, (pół)rocznicowym, groszkowym podsumowaniem.

Groszkowi  przez pół roku udało się między innymi:
  • (tfu, tfu) ani razu nie zachorować, ba, nie mieć nawet większego katarku;
  • przybrać na wadze dobre ponad pięć kilogramów, co sprawia, że ksywka Groszek pasuje coraz mniej i niedługo przechrzcimy się na Skrzynkę Mrożonek, ewentualnie na Worek Eko-Groszku;
  • wyrosnąć z kilku worków ubranek i dumnie nosić na piersi (i nie tylko) bodziaki w rozmiarze 80;
  • nauczyć się turlanek dużo wcześniej niż przewidują mądre książki i (tfu, tfu) nie rozwalić sobie w związku z tym głowy o ścianę/podłogę (mimo usilnych prób);
  • nauczyć się za pomocą serii ruchów tajemniczych dopełzać do kabli/śmieci/gazet/butelek z wodą leżących/stojących na podłodze (żadna zabawka tej serii ruchów tajemniczych nie wywołuje);
  • kilkukrotnie doprowadzić mamę do bezradnej rozpaczy (żeby nie było tak różowo);
  • przespać dwie (prawie)całe noce;
  • wykazać taką determinację w niemo-piszczących prośbach o jedzenie, że rodzice wreszcie dziś się złamią i dadzą marcheweczkę ;);
  • nie zmieścić się do gondoli i z konieczności przesiąść się do spacerówki;
  • zauważyć, że elektronika jest czymś, co z jakiegoś powodu fascynuje większość dorosłych, dążyć więc do jej poznania przy użyciu wszystkich możliwych środków, łącznie ze zmysłem smaku i intensywnego dotyku (i, na chwilę na szczęście, zepsuć mamie klawiaturę w laptopie);
  • wyjść zwycięsko z kilku kryzysów kąpielowych i osiągnąć poziom siedzącego w wannie i chlapiącego tsunami;
  • wydać, poza niezliczonymi ilościami serii tajemniczych onomatopei, dźwięki łudząco podobne do: "da-ta", "ba-ba" (a raczej "bła-bła"), "wa-wa", "ma-ba" i, nawet, "ma-ma" (ale to tylko zanosząc się od płaczu);
  • zyskać sobie swoim głośnym śmiechem miłość przynajmniej kilku przypadkowo spotkanych przechodniów (i, oczywiście, całej Rodziny);
  • nakłonić mamę swoim fascynującym życiem do wznowienia aktywności pisarskich...
Oczywiście, to tylko niektóre z groszkowych sukcesów. To było fascynujące, pouczające, bardzo szczęśliwe i... mocno męczące pół roku. Zaczynamy drugie półrocze, szykując się na przygody z zupkami jarzynowymi i soczkami, spacerami w nowym wózku, zwiększoną (i wciąż zwiększającą się) mobilnością, basenem i powrotem mamy na uczelnię. Jak to mawiał/śpiewał klasyk: będzie zabawa, będzie się działo...
Dorosły Groszek pozdrawia Czytelników!

sobota, 19 lipca 2014

Burza w plastikowym kubeczku, czyli o Groszkowym odkryciu

Mamy dobre 3 metry kwadratowe zabawek (wiemy, bo zdarza im się wszystkim razem leżeć na macie edukacyjnej). Ale zabawkę marzeń znaleźliśmy dopiero dzisiaj. Przez zupełny przypadek. Regenerując się po kilku godzinach zakupów. I jeśli do tej pory zastanawialiśmy się, w jaki sposób kilkumiesięczne niemowlę ma wyrazić gotowość do przyjęcia innego pokarmu niż mleko mamy (bo mądry podręcznik żywienia niemowląt nakazuje poczekanie do tego momentu z wprowadzaniem nowych jedzonek), to nasze właśnie ją wyraziło. 

Być może ta fascynacja ma też coś wspólnego z tym, że nie przez całą ciążę dawałam radę rezygnować z kawy. Kiedy dzisiaj Groszek dostrzegł, jak z plastikowego kubka powoli znika frappe z bitą śmietaną, cały świat, wcześniej całkiem interesujący, właściwie mógł przestać istnieć. Na początku nie przyszło nam do głowy, do czego śmieje się, piszczy i wyciąga ręce. Ale spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości. Przezroczysty, plastikowy kubek z kawą to rzecz nad wyraz fascynująca.

Na początku pozwoliłam jej go ostrożnie dotknąć (był zimny i pełen kawy). Myśląc, szczerze mówiąc, że jeśli okaże się nieprzyjemnie chłodny w dotyku, to zdecyduje się go wymienić na jakąś mniej niekonwencjonalną zabawkę. Ale to, że nowe Groszkoodkrycie okazało się MOKRE, sprawiło, że stało się jeszcze bardziej fascynujące (jeśli to w ogóle możliwe). Schowanie kubka albo odsunięcie go z zasięgu wzroku wywoływało gwałtowny i stanowczy protest. Więc na zmianę piliśmy kawę i podawaliśmy kubeczki do pogłaskania.

Dotykowy kontakt z upatrzonym obiektem okazał się jednak zdecydowanie niewystarczający. Dotykaniu zaczęło towarzyszyć wtulanie się i nawet (mimo gwałtownego protestu mamy), lizanie (z zewnątrz, oczywiście). A fakt, że kubka nie dało się mamie wyrwać i wpakować do buzi również stał się powodem do dojmującej rozpaczy.

Skończyłam myjąc w łazience w galerii handlowej plastikowy, pusty kubek po kawie... Ech... Tatuś natomiast narzeka, że od picia zimnej kawy w trybie przyspieszonym na pewno się rozchoruje. Groszek jednak dostał (po rodzicielskich oględzinach pod kątem ostrych kantów i próbach wytrzymałości) wreszcie wymarzony przedmiot i zapoznał się z nim przy użyciu wszystkich pięciu zmysłów.

Byliśmy przekonani, że w tym momencie fascynacja się skończy. Nie. Trwała przez całą podróż wózkiem i nie minęła jeszcze w domu. Wspaniały przyrząd okazał się wielofunkcyjny i rozchmurzył Groszka także przy kąpieli. Łapaliśmy wylewającą się z niego wodę i obserwowaliśmy burzę w plastikowym kubeczku. I śmialiśmy się wszyscy w głos, takie te drobiazgi są fascynujące.

Z tej historii morałów jest kilka:
- zabawki ze sklepów bywają naprawdę fantastyczne - ale to nie jedyne (choć pewnie najbezpieczniejsze) wyjście;
- jeśli, pod staranną rodzicielską kontrolą, da się dziecku do zabawy coś niekoniecznie atestowanego, można odkryć wielkie wspaniałości;
- świat jest fascynujący i możemy się tego zawsze od Groszków uczyć :)!

wtorek, 15 lipca 2014

Na gorsze momenty - poprawiacze humorku młodszego niemowlęcia (poza podaniem piersi ;))

Najlepsze, wypróbowane i działające rady dają inni rodzice. Zdecydowanie przebijają w tej dziedzinie mądre poradniki. Jako że ktoś nam kiedyś podszepnął co najmniej parę dobrych, sprawdzających się (przynajmniej u nas) sposobów na poprawę dziecięcego humorku, czuję się w obowiązku przekazać je dalej poszukującym Mamom - może coś się przyda?

Suszarka
Sposób podpowiedziany przez znajomych, sprawdził się doskonale przy kłopotach z brzuszkiem Groszka w pierwszych tygodniach jej życia. Mała nie miała kolek, ale podobno na nie też pomaga. Ciepły strumień łagodzi brzuszkowe dolegliwości, a głośny szum, chociaż to może dziwne, usypiał Malutką niemal od razu. Przez jakiś czas używaliśmy suszarki do usypiania nawet bez bólu brzuszka. Trzeba tylko pilnować, żeby powietrze nie było zbyt gorące i nie parzyło skóry (sprawdzałam to, trzymając rękę na brzuszku Małej - kiedy było mi za gorąco, szybko odsuwałam suszarkę). 

Szumienie do uszka
Kiedy spróbowałam to zrobić po raz pierwszy, rezultat mnie zadziwił. Młoda zasnęła w ciągu kilkudziesięciu sekund. Do tej pory usypiam ją, jednostajnie mrucząc do uszka albo miarowo szumiąc. To doskonale ją wycisza i uspokaja, czasem zaczyna nawet mruczeć sama.

Odwracanie uwagi
Groszek miał długo bardzo poważny problem - biedna, kiedy się nudziła albo złościła, zapominała, że można otworzyć oczy i pooglądać świat, zaczynała więc płakać, zaciskając powieki jeszcze mocniej . Przydatne było więc wszystko co pozwalało nakłonić ją do otworzenia oczek. Sprawdzały się przede wszystkim najbardziej hałaśliwe grzechotki i zabawki z melodyjką. Ewentualnie różne śmieszne dźwięki, wydawane przez mamę. Ostatnio ulubione są wszystkie onomatopeje z długim "r". Niestety... czasem jeden hałas trzeba zastąpić drugim.

Tańce
Odkryłam to przez zupełny przypadek i nie mogę przestać. Okazuje się, że kiwając się, machając rękami i kręcąc biodrami w rytmie tanecznej muzyki jestem w stanie sprzątnąć właściwie całe mieszkanie, od kiedy tylko Malutka leży w leżaczku i może za mną wodzić wzrokiem. Groszek jest zafascynowany, a przy bardziej skomplikowanych krokach wybucha głośnym śmiechem. Polecam - to doskonały poprawiacz nastroju również dla mam :).

Pielucha tetrowa
Od jakiegoś czasu Malutką fascynują tkaniny. Staram się utrudniać jej przykrywanie sobie głowy kołdrą i pakowanie do buzi brudnych śpiochów, ale tym, jak długo potrafi bawić się zwykłą tetrową pieluchą, jestem zupełnie zachwycona. Pielucha służy jako przytulanka, zabawka i doskonały gryzak (Mała nie uznaje smoczków). Wygląda też na to, że całkiem dobrze rozwija także zdolności manualne i koordynację - przy zabawie intensywnie pracują obie rączki, obie nóżki i... usta.

Czułości
U nas - recepta uniwersalna na wszystko. Groszek to ogromnie tulaśne stworzonko. Skalę problemu właściwie da się mierzyć według tego, po ilu minutach przytulania Malutka się uśmiechnie (np. szczepienie to 10 minut przytulanek i czułego szeptania do ucha). Nie wyobrażam sobie reglamentowania tej przyjemności, nawet jeśli bywam przez to kompletnie uziemiona. Chyba sama się od tego uzależniłam...

środa, 2 lipca 2014

Jak nie denerwować (przyszłej) mamy - poradnik praktyczny

Masz w otoczeniu (przyszłą) mamę? Jesteś lekko skrępowana/skrępowany, bo nie wiesz, czy nie palniesz czegoś głupiego, a przecież nie chcesz jej zaszkodzić, masz same dobre chęci, a najchętniej byś pomogła/pomógł? Przestrzegaj poniższych wskazówek i prawdopodobnie uda Ci się uniknąć chociaż kilku poważnych błędów.

1. Straszne historie zostaw na zieloną noc. Naprawdę. Też współczuję leżącym matkom w ciąży, nie wyobrażam sobie bólu rodziców, którzy stracili dziecko lub opiekują się dzieckiem bardzo chorym, też bulwersują mnie nieodpowiedzialni lekarze. Trudno tych historii nie słyszeć. Dlatego - nie powtarzaj ich (przyszłej) mamie. Na pewno je słyszała i zarwała którąś noc z ich powodu. Przekazuj jej pozytywną energię i przekonanie, że będzie dobrze. Bo, mimo że z mediów to wcale nie wynika, w większości przypadków - jest właśnie dobrze.

Kiedy to dozwolone? Kiedy (przyszła) mama zadaje pytania. Kiedy możesz ją dzięki temu przed czymś uchronić (np. przed wyborem kiepskiego szpitala). Kiedy musisz podzielić się własnym dramatem. W każdym z tych przypadków wskazana jest jednak ogroooomna delikatność. Nawet nie wiesz, jak bardzo te historie nawiedzają potem (przyszłe) matki w snach.

2. Uprzejme zdziwienie zwykle wcale nie jest uprzejme. Jeszcze nie śpi? Naprawdę? Znowu ją karmisz? Tak często je? Naprawdę, większość matek zdaje sobie sprawę z tego, że to dość dziwne, że niemowlę nie śpi o 23. Niestety - właśnie owo niemowlę nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Większość matek nie jest też zachwycona koniecznością podawania dziecku piersi co pół godziny, ale i takie sytuacje się zdarzają. Zamiast zadawać pytania i uprzejmie się dziwić - postaraj się pomóc. 
Jedyne dozwolone zdziwienie: Nie myślałem/łam, że można aż tak doskonale radzić sobie z dzieckiem! ;)

Kiedy to dozwolone? Kiedy zauważasz coś bardzo niepokojącego, a istnieje uzasadniona obawa, że (przyszła) matka tego nie zauważa. Kiedy żartujesz i (przyszła) matka to wie.

3. Dobre rady są dobre (ale pouczanie nie). Powinnaś więcej odpoczywać, przecież jesteś w ciąży. Nie powinnaś wychodzić, na ulicach jest ślisko, możesz się przewrócić. Dziecka nie można przyzwyczajać do noszenia na rękach. Powinniście je nauczyć spać w łóżeczku. Nie możesz tak często go karmić. Nie może patrzeć w telewizor. Nie dawaj smoczka. Dawaj smoczek... To jest oczywiście racja. Tylko że nie zawsze się da. Dzieci są różne. A poucza się najlepiej z bezpiecznego dystansu. Moje dziecko na przykład nie wymaga prawie niczego, umie się sobą zająć nawet przez godzinę, w wieku 4 miesięcy. Ale zasypia przytulone. Postanowiłam mu na to pozwolić. I już. Nie zrozumcie mnie źle. Każda informacja się przydaje, jeśli ktoś debiutuje w roli matki i zdarza mu się wpadać w lekki popłoch. Jednak najbardziej przydatne są rady połączone z prezentacją (dostałam sporo takich, dziękuję!): Popatrz, ja zrobiłabym/zrobiłbym to tak. To doskonale weryfikuje funkcjonalność.

Kiedy to dozwolone? Kiedy (przyszła) matka prosi o radę/opinię. Kiedy jesteś z nią bardzo blisko, chcesz wymienić doświadczenia i nie obrazisz się, jeśli odpowie ci, że zrobi zupełnie inaczej (i akurat nie ma baby bluesa, bo wtedy każdą uwagę może potraktować jako potwierdzenie swojej macierzyńskiej nieudolności). Jeśli jesteś w stanie udowodnić na TYM, KONKRETNYM dziecku, że twoja rada działa. 

4. Nie zadawaj (niektórych) pytań. 
Na przykład:
Planowane? A co ta informacja wnosi? Jeśli będę chciała się nią podzielić, zrobię to sama. 
Czy to normalne, że... Nie. Niepokojące objawy ignoruję, lekarzy omijam szerokim łukiem i wcale nie wpadam w histerię, ilekroć coś choćby trochę odbiega od normy. Potrzebuję się jeszcze czymś pomartwić.
Czemu ono tak płacze? Gdybym wiedziała, to bym mu pomogła, słowo. Zresztą właśnie staram się to zrobić, więc nie mam czasu odpowiadać na pytania.
Dużo przytyłaś? Bez komentarza.

Kiedy to dozwolone? W przypadku pytania drugiego - jeśli zauważasz, że coś jest nie tak i masz pewność, że (przyszła) matka tego nie wie/nie przedyskutowała już trzy razy z lekarzem/nie zarywa przez to czwartej nocy. W przypadku pierwszego - jeśli panuje akurat nastrój do zwierzeń, a z (przyszłą) matką jesteś bardzo blisko albo w żartach, kiedy wiesz, że (przyszli) rodzice (i dziecko) się nie obrażą. W przypadku dwóch ostatnich - NIGDY ;).



poniedziałek, 30 czerwca 2014

Czego Mamie nie wypada?

Kiedy wyszłam z Groszkiem ze szpitala, miałam przeświadczenie, że "teraz wszystko musi się zmienić" (chociaż wcześniej broniłam się przed nim jak mogłam). Cóż, przeszłam tę paskudną inicjację do grona matek, teraz przynależę właściwie do sfery sacrum, jako dawczyni nowego życia itd. To miłe, ale dosyć krępujące. Ubzdurałam sobie, że teraz należy stanąć na wysokości zadania, wydorośleć, stać się odpowiedzialną, uprasować wszystkie ubranka, wygotować otrzymane pluszaki i nie sięgać po żadne książki poza tymi, które tłumaczą, jak przystawiać dziecko do piersi albo jak wprowadzać kolejne produkty do dziecięcej diety (co z tego, że to za sześć miesięcy i jeszcze zdążę to sprawdzić ze trzydzieści razy, Prawdziwa Matka zna te rzeczy na pamięć). Szkoda, że nie mówi się tym młodym, zdezorientowanym mamom, że poza tym, że są mamami, są przede wszystkim - sobą. I że tak naprawdę - matce wypada to, co wszystkim.

Po pierwsze: Możesz ubierać się jak dawniej. Jak do tego doszłam - nie wiem. Ale ubzdurałam sobie, że muszę "wyglądać na matkę". Czyli elegancko i skromnie, bez ekstrawagancji i przesadnej młodzieżowości. Że kolorowy makijaż już jest nie na miejscu, tak samo jak trampki i koszula w kratę. Życie szybko zweryfikowało mój pomysł. Elegancja i macierzyństwo to jednak dość trudny związek, jeśli się na to do tej pory nie zwracało specjalnie uwagi. W dodatku - na szczęście nie musiałam i niestety - nie miałam czasu wymienić garderoby. Wyglądam więc na młodą, niewzorową matkę i trudno, jakoś muszę to przeżyć. W nagrodę za poród ciągle mam kupić sobie wymarzone zielone martensy. A jeśli nie wyobrażasz sobie niezrobionych paznokci i spaceru bez obcasów - też nic nie stoi na przeszkodzie. Dbałaś o to wcześniej - zadbasz i teraz, jeśli tylko chcesz. Mamie wypada wyglądać elegancko, młodzieżowo czy nawet ekstrawagancko. Jak każdemu.

Po drugie: Możesz słuchać, czego chcesz. Nie bijcie, ale nie słuchałam w ciąży Mozarta. Nie słucham Mozarta. Nie znam się na muzyce klasycznej, nie rozumiem jej. Może to źle o mnie świadczy - jakoś to zniosę. Nie zamierzam się zmuszać. Podoba mi się "Requiem". Jakoś nie dla dzieci. Przychodziło mi do głowy, że Mała będzie przez to mniej zdolna, że jestem egoistką i że może jednak ten Mozart albo chociaż Vivaldi... Ale parę dni po powrocie ze szpitala do domu zdecydowałam się na playlistę sprzed ciąży. Trochę metalowych i rockowych ballad, sentymenty z młodości. Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały dzień, taka to była dawka energii. Ogranicz to, czego dziecko się boi (mocne basy albo perkusja mogą Maleństwo wystraszyć), jak będzie starsze - przemyśl piosenki ze "śmielszym" tekstem (i po prostu słuchaj ich w słuchawkach). A poza tym - rób sobie przyjemności. Dziecku się spodoba.

Po trzecie: Bałagan to nie tragedia. Jasne - nie można dopuścić do tego, żeby z szafek wzbijały się tumany kurzu, a w zlewie rozwijała się cywilizacja, która niedługo założy związki zawodowe. Jeśli to wcześniej lubiłaś - no, niestety. Ale nic się nie stanie, jeśli nie umyjesz codziennie  podłogi. Nawet, jeśli postanowisz nie pościelić łóżka albo poczekać z wstawieniem prania. Część naukowców już od dawna trąbi, żeby z "dezynfekcją" nie przesadzać. Że dziecka przed wszystkim nie uchronisz i że te wszystkie alergie, to z przesadnej czystości. I pamiętaj - zwykle to nie tylko Ty tam mieszkasz i nie tylko Ty bałaganisz. Więc, to chyba jasne, nie tylko Ty sprzątasz.

Po czwarte: Możesz zapewnić sobie rozrywkę. Na finał Ligi Mistrzów wpadł do nas kumpel, siedzieliśmy do 2 w nocy, graliśmy w Fifę, jak za starych dobrych czasów. Mała doskonale wpisała się w program wieczoru, obejrzała mecz, poszła spać podczas dogrywki ;). Obejrzałam 4 sezon "Gry o Tron", śledzę Mistrzostwa Świata. Czytam książki. Nie te o macierzyństwie - do nich sięgam tylko wtedy, kiedy chcę się czegoś konkretnego dowiedzieć. Odkrywam, że lubię gotować i kombinować w kuchni (nie robiłabym tego, gdyby mnie to nie bawiło, naprawdę). Z przyjemnością grałam z Siostrą w piłkę. Nie umartwiam się i nie jestem z tego powodu gorszą matką. Przynajmniej będę miała potem o czym z córką pogadać :). 

Po piąte: Każdy miewa gorszy dzień. Nie musisz być silna, uśmiechnięta, piękna i zaradna przez 24 godziny na dobę. Masz nowe obowiązki, nową rolę do spełnienia, a tych starych jakoś nie ubywa. Nie musi Ci się chcieć ćwiczyć, żeby po miesiącu z powrotem wyglądać jak przed ciążą. Możesz czasem woleć obejrzeć serial, niż trzecią godzinę rozkosznie bawić się z Maleństwem. Może Ci się nawet nie chcieć wstawać z łóżka. Wraz z dzieckiem nie podarowano Ci dwóch dodatkowych kończyn ani najnowszego modelu mózgu, typ 24/7. A jeśli sobie mocno nie radzisz - jako mamie i jako człowiekowi jak najbardziej wypada Ci także poprosić o pomoc.

Chcę być "ciekawą" mamą. Wiem, że kulturowo bycie "ciekawym" należy do taty. Nie zabiorę mu tej radości, ale chętnie stworzę konkurencję. Miałam dwoje "ciekawych" Rodziców. A "ciekawa" mama to dla mnie taka, która robi to, co lubi i umie to pokazać. Jeśli kochasz Mozarta, z radością sprzątasz dom do połysku i uwielbiasz poradniki dla mam - bosko. To też może być ciekawe.

Umartwiać się - tego właśnie nie wypada. W dodatku - szkoda życia!

sobota, 28 czerwca 2014

A sam sobie jedz w kiblu! Trochę o publicznym karmieniu piersią

To naprawdę nie jest takie łatwe. Przynajmniej nie musi być. Nie byłam wcale zachwycona tym, że, jak to gdzieś ostatnio przeczytałam, moja "prywatność" zakończyła się na porodówce, gdzie w ciągu doby między nogi zaglądało mi chyba z 10 osób. To nie jest tak, że mam nieodpartą ochotę publicznie się rozebrać i zaprezentować wszystkim swój biust. Słowo honoru. Wyjdę na zarozumiałą, ale uważam, że to widok tylko dla wybranych (a właściwie - Wybranego). Wolę karmić w domu, gdzie nie muszę się zasłaniać i pamiętać, że koniecznie muszę, jedną ręką trzymając dziecko, natychmiast zapiąć koszulę pod szyję. Ale czasem trzeba. Trzeba i już.

Niedawno skończył się Tydzień Karmienia Piersią. Podobno w wielu miastach mamy wychodziły, by wspólnie publicznie pokarmić. Szkoda, że dowiedziałam się o tym po fakcie, bo mimo, że mam dystans do wszelkich sztandarów, to pod takim chętnie bym stanęła.

Nie stosuję zazwyczaj retoryki tego typu, ale kto ma dzieci, ten wie, jak brzmi płacz niemowlęcia, które chce jeść. Powiedziałabym, że odruch nakazujący natychmiastowe zaspokojenie jego potrzeby w takim momencie to atawizm. Gdybym w ten sposób mogła pomóc, nie tylko wyciągnęłabym pierś ze stanika, ale rozebrałabym się do naga i wsiadła tak do tramwaju albo przebiegła się po mieście. W ogóle nie bacząc na to, że mam trochę fioła na punkcie własnej prywatności. Być może są dzieci, które odczuwają coś takiego, jak "lekki głód", "średni głód" i "wielki głód", i płaczą tylko przy tym ostatnim, kiedy mama, ostrzeżona, już dawno zdąży wrócić do domu. Moje tak nie ma. Potrzebuje jedzenia JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST i POTWORNIE. I mimo że zazwyczaj je co 2-3 godziny, czasem ma ochotę zrobić to częściej. Choćby dlatego, że jest upał i chce jej się pić. Być może są mamy, które umieją wytłumaczyć kilkumiesięcznemu dziecku, że dostanie jedzenie za 15 minut, kiedy tylko znajdzie się w domu. Ja nie umiem (z przyjemnością bym się natomiast nauczyła, jeśli ktoś ma sprawdzony patent). Więc karmię. Na ławce w parku, w przychodni, na osiedlu, w autobusie czy w sklepie też bym nakarmiła. Trudno.

Argumenty przeciwko "obrzydzeniu" i "oburzeniu" są niezliczone. Większość z nich, przynajmniej dla mnie, jest zupełnie logiczna. Trudno traktować poważnie ludzi (przeważnie, o dziwo, mężczyzn), których oburza publiczne karmienie, równocześnie z apetytem przyglądających się roznegliżowanym modelkom w reklamach bielizny, którym nie przeszkadza, że rozebrane panie reklamują również produkty spożywcze albo materiały budowlane (nawiasem mówiąc - zwykle nie mam nic przeciwko takim reklamom). Karmienie dziecka to czynność sto razy bardziej naturalna, niż pozowanie w bieliźnie (znowu - nie mam nic przeciwko temu drugiemu). Zresztą - żeby w ogóle zobaczyć pierś kobiety podczas karmienia, naprawdę trzeba się nagimnastykować i naprzyglądać, w przeciwieństwie do sytuacji, w której dumna ze swoich wdzięków pani chce je podkreślić dużym dekoltem.
Wysyłanie karmiących do toalet jest śmieszne. Jedyna możliwa riposta - sam sobie weź kanapkę i idź, zjedz w publicznym kiblu. Smacznego. Moje dziecko w takich warunkach nie będzie nawet przebywało, nie mówiąc już o jedzeniu. Poza argumentem natury estetycznej wchodzi tu w grę argument natury czysto zdrowotnej i nawet nie zamierzam o tym dyskutować. 
Jasne, że optymalnie by było tworzyć w sklepach czy restauracjach ustronne, czyste pokoiki do karmienia. Dzieci by się nie rozpraszały, matki nie musiały krępować i gimnastykować (trzymaj coś na jednej ręce, a drugą zapnij stanik i koszulę, tak, żeby nie odkrywać ciała - powodzenia). Tylko że to ideał, do którego będziemy dość długo dążyć, jeśli damy się przekonać, że to tylko problem "roszczeniowych matek".
Źródło: http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79353,16054590,Nie_karm_dziecka_w_WC__mocna_kampania_na_rzecz_publicznego.html

Naprawdę rozumiem ludzi zakłopotanych czy niewiedzących jak się przy karmiącej zachować. Różne kobiety różnie do sprawy podchodzą, niektóre, słowo, wahają się i też trochę wstydzą. Sama miewam opory. Byłam (bardzo mile, ale jednak) ogromnie zaskoczona, kiedy Promotorka, podczas rozmowy, na którą przyszłam z Małą, powiedziała: "Pokarm ją, to się czymś zajmie, a my sobie porozmawiamy". W domu, przy gościach, nie wychodzę do drugiego pokoju, ale staram się zachowywać dyskretnie. Mężczyźni, szczególnie ci bardzo młodzi, z rodziny nie zawsze wiedzieli, czy mogą patrzeć na Malutką, kiedy je, czy mnie to nie krępuje, a jej nie rozprasza. Starałam się, żeby oni nie musieli czuć się skrępowani. Nie jestem ekshibicjonistką, a karmienie jakoś szczególnie mnie nie bawi (chociaż znam kobiety, które to uwielbiają). Ale jeśli w grę wchodzi dobro mojego Dziecka, to przepraszam, ale cudzymi problemami ze sobą przejmować się nie będę!

Czytałam kiedyś anegdotkę, w której zirytowana matka, na komentarz pewnego pana, że publiczne karmienie piersią jest obrzydliwe, odpowiedziała, żeby założył sobie papierową torbę na głowę, bo to, co ona widzi, dopiero jest obrzydliwe. Nie jestem zwolenniczką przytyków dotyczących cudzego wyglądu ani nieuprzejmości w ogóle, ale myślę, że byłabym gotowa odpowiedzieć coś podobnego. Dodając jeszcze: "Twoja matka, niewdzięczny bucu, wydała cię na świat w jeszcze bardziej "obrzydliwych" okolicznościach przyrody i wykarmiła cię, prawdopodobnie, w taki sam, "obrzydliwy", sposób, mimo że ją gryzłeś, a ona była do ciebie uwiązana przez kilka miesięcy, uważając na to, co je i zrywając się w środku nocy, więc choćby z szacunku do niej - po prostu się zamknij!"
A tak na spokojnie i nie w reakcji na bezpośrednią krytykę, której jeszcze nie doświadczyłam (poza kilkoma znaczącymi spojrzeniami), po prostu proszę: jeśli wam przeszkadza, nie patrzcie. Ja wiem, że to przestrzeń publiczna i z jakiej racji to wy macie musieć odwracać wzrok i tak dalej... Nie musicie. Ja po prostu bardzo proszę. Potraktujcie to jako codzienny dobry uczynek. Prosimy.