Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do przeczytania za kilka lat przeze mnie samą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do przeczytania za kilka lat przeze mnie samą. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Zdolne dziecko - instrukcja obsługi

Brzmi to potwornie nadęcie. Proszę zwrócić uwagę, że stosuję czas przeszły i próbuję spojrzeć na sprawę z pewnym dystansem, obiektywnie i bez fałszywej skromności. Tak, byłam dzieckiem "zdolnym", jeśli mierzyć tę "zdolność" standardami polskiej edukacji szkolnej. Tak, standardy te są co najmniej kontrowersyjne, ale o tym może kiedy indziej. Nie, dziecko, które wygrywa konkursy i przynosi ze szkoły same szóstki nie jest dzieckiem, które nie ma żadnych problemów i o którego psychikę nie trzeba się (szczególnie?) zatroszczyć. O tym, z własnego, tym razem niemacierzyńskiego a dziecięcego doświadczenia.

Porównywanie jest ZŁE.
Nie tylko dla osoby porównywanej. Osoba, do której się porównuje, też znajduje się w sytuacji co najmniej przykrej. Albo rzeczywiście uwierzy w to, że jest zdecydowanie lepsza od innych i przewróci jej się w głowie, albo będzie miała do siebie mnóstwo pretensji. Jak byście się czuli, gdybyście wiedzieli, że wasze sukcesy to, przynajmniej pośrednio, przyczyna czyjegoś nieszczęścia? Że ktoś was serdecznie nie lubi albo niedługo serdecznie znielubi, bo ciągle słyszy, jacy to wy jesteście mądrzy/zdolni/wysportowani/grzeczni etc? Wiele zdolnych dzieci ma z tego powodu problemy w relacjach z rówieśnikami - trudno wymagać od dzieci, by lubiły kolegów, którzy zawsze są "lepsi", "lepiej wychowani" i "na-pewno-nie-marnują-tyle-czasu-grając-na-komputerze-więc-mają-dobre-oceny". Zarówno dziecko porównywanemu, jak i temu, do którego się porównuje, odbiera się w ten sposób możliwość cieszenia się z sukcesu - cudzego lub własnego. Czasami wolałoby się już nie mieć tej piątki z trudnej kartkówki, żeby tylko znowu inni na ciebie krzywo nie patrzyli...

Zdolne dziecko trzeba chwalić!
Dowiedziałam się ostatnio, że nie można chwalić dziecka za to, co dla niego naturalne, że należy chwalić wysiłek, nie rezultat. To całkiem użyteczna rada, szczególnie, jeśli dziecko ma z czymś kłopot - najlepszą zachętą będzie cieszenie się z nawet całkiem malutkich postępów. ALE. To, że dziecku nauka przychodzi łatwo, wcale nie znaczy, że nie warto go pochwalić za imponujące rezultaty. Może to zabrzmi dziwnie, ale to nie jego wina, że jest zdolne. Dlaczego ma więc być pozbawione nagrody? Grozi to poczuciem zepchnięcia na boczny tor i niedoceniania - po co mi te piątki, skoro wszyscy uważają, że to po prostu normalne? Co muszę zrobić więcej, żeby zasłużyć na uznanie?
ALE
Z pochwałami trzeba uważać!
Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że zdolne dzieci warto chwalić przede wszystkim w cztery oczy. Czasami nauczyciele, publicznie mnie doceniając, zamiast nagrodzić mój wysiłek, wprawiali mnie w potworne zakłopotanie, równocześnie prowokując zazdrosne albo złośliwe szepty: "bo ona przecież wszystko umie..."

Uwaga na porażki!
Porażki zdarzają się każdemu. Ale niektórzy są do nich przyzwyczajeni, niektórzy doznali ich akurat tyle, żeby nauczyć się, jak otrzepać się i pójść dalej, a niektórym zdarzają się na tyle rzadko, że urastają do rangi życiowych tragedii. Dziecko, któremu zwykle wszystko się udaje, może zareagować dziwnie, jeśli coś nagle się nie uda albo uda się w mniejszym stopniu. Pozornie błaha sprawa (trójka zamiast piątki z klasówki, wyróżnienie zamiast pierwszej nagrody w konkursie) może je kompletnie załamać. W końcu to nowa albo prawie nowa, bardzo przykra sytuacja, a reakcje otoczenia czasem czynią ją jeszcze bardziej przykrą. Nie wolno tego zlekceważyć. Z zewnątrz wydaje się to drobiazg - "od środka" - zdecydowanie nie. Warto dać dziecku znać, że, przez porażkę nie stało się nagle "głupkiem" z "geniusza" i próbować podsuwać różne sposoby radzenia sobie z porażkami.

Nie ma potrzeby werbalizowania zdziwienia
Jedną z najgorszych rzeczy, które towarzyszyły moim (stosunkowo nielicznym) szkolnym potknięciom, było generalne zdziwienie. "No jak, ty nie zdałaś/dostałaś jedynkę/pomyliłaś się?!" No tak, ja. Wiem, że są osoby, które tego typu pytania traktują jako rodzaj komplementu. Ja, słysząc coś takiego, miałam głębokie przekonanie, że otoczenie się na mnie zawiodło. Że uważali mnie za mądrą, a teraz przestaną. I że w ogóle przestanę być wartościowa, bo przecież bycie "zdolnym" to najważniejsza część mojej tożsamości, w końcu to ją w kółko się podkreśla...
No i, tak całkiem praktycznie, co odpowiedzieć na takie pytanie? Od kiedy trochę podrosłam, przychodziły mi do głowy tylko odpowiedzi nienadające się do publikacji. Czy to naprawdę takie zdumiewające, że każdemu zdarza się błąd?


"Zdolne" dziecko to normalne dziecko
Dobry, pilny uczeń nie musi być równocześnie doskonale grzeczny i "zaszyty" w książkach. Może oczywiście być introwertyczny "z natury", może jednak także wycofywać się, bo uważa się za "lepszego" albo dlatego, że zmaga się z odrzuceniem zazdrosnych i zmęczonych jego "zdolnością" rówieśników. Może pragnąć ich aprobaty i próbować ją zdobyć na różne, czasem szkodliwe sposoby - choćby dając się wykorzystywać albo podejmując działania ryzykowne. Może wreszcie, tak jak każde dziecko, mieć po prostu potrzebę wyjścia na podwórko, zabawy z kolegami, gry w piłkę, randki, imprezy. Wiem, że to nie pasuje do szufladki z "kujonami". Ale szufladki poza komodą są zupełnie bez sensu, tak często się nie domykają albo brakuje im dna. Brak problemów w szkole nie chroni od innych problemów - wychowawczych, emocjonalnych, życiowych. Standardowe "dobrze-mu-idzie-w-szkole-jakie-może-mieć-kłopoty?" nie zawsze się sprawdza. Oczywiście - może nie mieć żadnych albo tylko drobne. Ale to wcale nie jest powiedziane.

środa, 15 października 2014

Zabrania się zabraniać

Jestem przeciwniczką zakazów. Ściślej - takich zakazów, których istoty nie jesteśmy w stanie w krótkich, żołnierskich słowach wyłożyć zbuntowanemu kilkulatkowi. Szczególnie takich, które opierają się na niezawodnym argumencie "nie-bo-nie" albo, równie trudnym do odparcia: "nie-bo-ja-tak-powiedziałem-a-ty-masz-mnie-słuchać-smarkaczu". Jeśli na pytanie: "Dlaczego mam tak nie robić?" nie umiemy sformułować zwięzłej, logicznej i zrozumiałej dla dziecka odpowiedzi (nie mówię o niemowlętach, tu jest trochę trudniej, ale o dzieciach, co najmniej kilkuletnich), to coś jest nie tak albo z samym zakazem, albo z naszym jego rozumieniem.

Być może byłam dziwnym dzieckiem (moi Rodzice mówią, że nawet na pewno), ale na mnie zakazy działały w bardzo ograniczonym zakresie. Dopóki ROZUMIAŁAM, dlaczego mam czegoś nie robić - po prostu tego nie robiłam. Rozumiałam to czasem pokrętnie - wielu rzeczy nie robiłam na przykład, bo wiedziałam, że zostanę za to nierobienie pochwalona, a pochwały lubiłam od zawsze. Niektórych nie robiłam dlatego, że nie chciałam dostać uwagi albo jedynki, bo ambitne było ze mnie stworzenie (nie mówię, że to dobrze, zdecydowanie wolę marchewkę od kija, ale na mnie akurat taka motywacja działała). Innych rzeczy natomiast, i to chyba ważniejsze, nie robiłam, bo po prostu nie chciałam ich robić. Dlatego na przykład po raz pierwszy napiłam się alkoholu niewiele przed osiemnastką. Powiedzmy sobie szczerze - wszelkie zakazy mnie, jako nastolatki, zupełnie nie interesowały. Po prostu uważałam, że nie chcę być pijana i mieć z tego powodu sensacji żołądkowych, problemów z orientacją w terenie i zachowywać się durnowato, a potem za siebie wstydzić, jak zdarzało się moim koleżankom i kolegom. Nie w gronie znajomych, w którym nie na wszystkich mogę polegać. Trochę wyniosłam to z domu, trochę zrozumiałam sama. Efekt osiągnięty.

Byly natomiast zakazy, które, nie rozumiejąc ich istoty, łamałam nagminnie, z premedytacją i rozkoszą. Wspominałam już kiedyś o ubraniowym rygorze w moim gimnazjum? Nigdy się tak nie szpeciłam jak wtedy, żeby wszem i wobec pokazać, że kontestuję zasadę niepozwalającą na noszenie glanów i malowanie się. Jedyny efekt był taki, że wyglądałam koszmarnie. Bo wiecie co? Można powiedzieć, że wygrałam z systemem. Uwagę za ubiór dostałam raz. Sama się o nią upomniałam. Przez trzy lata, kiedy konsekwentnie łamałam tę zasadę, właściwie nie miałam żadnych kłopotów. Ba. Miałam wzorowe zachowanie! Może dlatego, że byłam dobrą uczennicą (bo chciałam) i nie sprawiałam innych kłopotów wychowawczych (bo nie miałam na to ochoty). Może dlatego, że większa część grona pedagogicznego w rzeczywistości nie uznawała tego zakazu za zbyt istotny. A może dlatego, że tak naprawdę trudno go było obronić?

Są także rzeczy, których, może nie tyle nigdy nie robię (bo się, niestety, zdarza), ale których zrobienie sprawia, że ja sama czuję się ze sobą źle. To te rzeczy, co do których ROZUMIEM, że są niedobre. Że są niezdrowe, że mogą kogoś skrzywdzić albo wyrządzić jakąś szkodę, że są zwyczajnie głupie. CZUJĘ, że tak się nie robi. Że komuś może być przez to przykro. Że coś komuś niszczę. Że wyrządzam krzywdę sobie. Mam wewnętrzne przekonanie, że takie postępowanie jest złe. Wpojono mi to w domu. Albo sama do tego doszłam. Wiem, że zdolność do abstrahowania i skomplikowanych rozważań moralnych pojawia się u młodych ludzi dosyć późno i że wynika to z rozwoju mózgu. Wiem, że tego, co rozumiem teraz, prawdopodobnie nie rozumiałam mając 5 lat. Wiem, że dzieci muszą mieć ramy i zasady. Tylko czemu nie mają ich rozumieć i uznawać za swoje albo chociaż za sensowne? Chyba nie tak trudno przedstawić w jakiś, w miarę zrozumiały sposób chociaż podstawowe: "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe"? Albo "nie ruszaj tego, bo możesz się zranić i będzie cię bolało"?

Nie lubię zakazów z kilku powodów:

  • Po pierwsze - jak głoszą ludowe mądrości: zasady są po to, żeby je łamać, a w dodatku zakazany owoc lepiej smakuje. Zakazanie rzeczy, co do której ktoś NIE ROZUMIE, że jest zła, nieodpowiednia albo krzywdząca, może uczynić ją jeszcze bardziej fascynującą. Znałam co najmniej kilkoro dzieciaków, które oglądały filmy dla dorosłych, bo tego nie wolno i hahaha, taki zbuntowany jestem, chociaż w rzeczywistości uznawały je za dość nudne. W pewnym wieku po prostu bardzo lubi się łamanie zasad. Tak po prostu. Dla zasady właśnie.
  • Po drugie - im zakazów więcej, tym trudniej je wyegzekwować. I tym trudniej, w związku z tym, sprawić, żeby były one nie tylko przestrzegane, ale i szanowane. Mówią o tym na przykład prawnicy. Jeśli nie da się wyegzekwować przestrzegania ograniczeń prędkości, kierowcy się rozbestwiają i jeżdżą coraz bardziej brawurowo, bo przecież nikt ich nie złapie. A zresztą tych śmiesznych ograniczeń i tak nikt nie przestrzega. Nieprzypadkowo mówi się, że kara powinna być nawet nie tyle surowa, co nieuchronna. A jeśli zakaże się zbyt wielu rzeczy - nieuchronność kary jakoś się rozmywa.
  • Po trzecie - mój zakaz obowiązuje także mnie. Niestety. Takie mam przekonanie, które mi z gimnazjum pozostało (raz w życiu odezwałam się bezczelnie [i, na jej nieszczęście, dość inteligentnie przy okazji] do nauczycielki właśnie z tego powodu; jest mi teraz głupio, ale tylko trochę). Jeśli ktoś mi czegoś zakazuje - nie mam pojęcia, z jakiej racji miałby móc robić to sam. Jeśli więc zakażę dziecku jedzenia czekolady, a ono przyłapie mnie na pochłanianiu tabliczki przed telewizorem, po prostu - stracę autorytet. Mogę mu potem wciskać, że to niezdrowe. Dziecko widzi, że mama je i ma się dobrze. Nie poabstrahuje i nie pomyśli o tym, że za 20 lat mamie to zaszkodzi. Poczuje się oszukane.  Co myślimy o policjantach, którzy parkują w niedozwolonym miejscu, żeby wyskoczyć do osiedlowego?
  • Po czwarte (i najważniejsze) - jeśli nawet zakaz, którego istoty dziecko nie rozumie, działa (na przykład - z powodu strachu przed karą), działa dopóty, dopóki jesteśmy w stanie tego dopilnować. Nie jesz słodyczy. Ok. Przy mamie. Bo się złości i krzyczy albo po prostu - nie kupuje. Jeśli dziecko NIE ROZUMIE, że, na przykład, może się od tego pochorować (bo ma cukrzycę, alergię, cokolwiek), na 98% rzuci się na to, co zakazane na pierwszej wycieczce/kolonii/wyjściu/kiedy będzie miało jakieś własne pieniądze. Nie będę stać nad dzieckiem przez całe życie, grożąc mu szlabanem i pilnując każdego ruchu. Chciałabym, żeby to, czego chcę Groszka nauczyć, działało także wtedy, kiedy mnie przy nim, z jakiegoś powodu nie będzie.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę się zgadzać na wszystko. Są rzeczy, których wolałabym, żeby Groszek nie robił. Są takie, których chciałabym, żeby nie robił. Są takie, które nie wyobrażam sobie, żeby zrobił. I są takie, które, gdyby zrobił, sprawiłyby, że doszłabym do wniosku, że nie sprawdziłam się jako matka. Ale chciałabym, żeby nie robił ich w ogóle, a nie tylko wtedy, kiedy mama patrzy...

środa, 10 września 2014

O czym marzę dla mojego Groszka #2, czyli jak nie uczyć dziecka "tolerancji"?

Moi Rodzice mieli i mają bardzo wiele świetnych sposobów na wychowywanie dzieci. Nie chodzi tu tylko o doświadczenia wykształconych pedagogów, a raczej chyba o jakieś, może nawet nie do końca świadome, kształtowanie umysłów. Jednym z ich najbardziej dla mnie tajemniczych rodzicielskich osiągnięć (które tak bardzo chciałabym umieć powtórzyć) jest to,  że nigdy nie musieli uczyć nas "tolerancji"*.

Smutny fakt, że komuś może przeszkadzać to, że ktoś inny jest inny - czyli inaczej wygląda, inaczej myśli, inaczej wierzy, dotarł do mnie dopiero w podstawówce. Moja Przyjaciółka, która chodziła ze mną wtedy do klasy, ma Tatę-Indianina z Panamy. Nie przyszło mi do głowy, żeby w ogóle na to zwrócić uwagę (naprawdę), nawet jej egzotycznie brzmiące imię i nazwisko nieszczególnie mnie frapowało, dopóki któryś z kolegów nie rzucił jakiejś rasistowskiej uwagi. Dyskusja w klasie, która się potem wywiązała, uświadomiła mi, że w ogóle jakiś problem tu gdzieś może zaistnieć. Chociaż` jeszcze wtedy wydawało mi się to zupełnie abstrakcyjne.

Dopiero potem dotarło do mnie, że ktoś (czytaj - Rodzice) ukształtował mój umysł w taki sposób, żeby to, że ludzie są różni, różnorodni, różnie myślą i czasem robią rzeczy, których my byśmy robić nie chcieli, chociaż wcale nie są one "obiektywnie" złe, było dla mnie zupełną normą. Nikt nie musiał mi tłumaczyć, że tak jest. Tak po prostu było. Nie mówię, że nie bywałam jako dziecko zdziwiona czyjąś "innością" i że zawsze umiałam się zachować, bo bywałam i nie umiałam. Ale ta "odmienność" wywoływała moją ciekawość (nie zawsze delikatnie wyrażaną, to fakt), nie wrogość. Nie trzeba było mnie uczyć, że nie można bić albo w jakikolwiek inny sposób krzywdzić kolegi, bo ma inny kolor skóry, kilka dodatkowych kilogramów albo zeza.  Że nie można go obrazić, bo nie chodzi do kościoła. Że nie można się śmiać, bo żegna się przed zjedzeniem kanapki. Takie powody w ogóle nie przyszłyby do głowy (co oczywiście nie znaczy, że nie wpadałam w konflikty z idiotycznych przyczyn - po prostu akurat nie z takich). Może dlatego, że jako dość małemu jeszcze dziecku, "groziła mi" dosyć poważna wyglądowa odmienność i jakoś podświadomie zrozumiałam, że to, że nie jestem z tego powodu ogólnym obiektem durnych żartów to łut szczęścia, a może po prostu dlatego, że u mnie w domu taki sposób myślenia był zupełnie oczywisty.

Teraz, kiedy jestem dorosła, widzę, że takie podejście ukształtowało mój światopogląd i, chociaż wiele się we mnie zmieniło, to akurat pozostało niezmienne. Otwieram się na różnorodność, rozumiem ją, szanuję i... uwielbiam. Bardzo się cieszę, że ludzie są różni, że mają różne poglądy, że wierzą w różne rzeczy, różnie kierują swoim życiem i bardzo różnie wyglądają. Nienawidzę tego, że świat jest tak urządzony, że niektórzy ludzie przez swoją "odmienność", z różnych przyczyn, bardzo cierpią. Nie zawsze mogą tego uniknąć, ale nie chcę robić nic, żeby się do eskalacji ich trudności przyczyniać. I tyle.

Nie chodzi o to, że coraz bardziej jestem relatywistką, a na dodatek całe poważniejsze wykształcenie otrzymałam (jeszcze?) w paradygmacie postmodernistycznym. Z tym Rodzice nie mają zbyt wiele wspólnego i nie zawsze się tu we wszystkim zgadzamy. Chodzi po prostu o to, żeby być otwartym. Żeby nie kategoryzować. Żeby nie wyrokować. Żeby pamiętać, że jeśli przedstawiciel jakiejś grupy w jakiś sposób nas skrzywdził, to nie skrzywdziła nas wcale grupa, której możemy teraz swobodnie nienawidzić, tylko ta konkretna osoba. I że dopóki czyjeś działania dotyczą jego samego lub innych ludzi, którzy się na nie zgadzają, to absolutnie nie są moją sprawą. Nie moją rolą jest to "tolerować" czy "nie tolerować". To po prostu nie mój interes. Z jednej strony brzmi to jak proste, ładne hasełka. Z drugiej - jak utopia, z aporią w środku (bo przecież szacunek dla różnorodności zakłada też, że szanujemy tych, którzy tego szacunku nie mają - ale ja nie o swoim pomyśle na rozwiązanie tej aporii miałam tu pisać). Z trzeciej - jak program minimum, który wydaje się oczywisty. Niezależnie od tego, z której strony na to spojrzeć - bardzo, bardzo lubię ten swój, wyniesiony z domu, sposób myślenia. I jeśli będę go umiała przekazać Córeczce, tak bardzo niepostrzeżenie, nieagresywnie i bez mentorskiego tonu, jak zrobili to moi Rodzice... Osiągnę, w swojej ocenie, prawdziwy rodzicielski sukces.

*Umieszczam to słowo w cudzysłowie, bo nie do końca je lubię. Jakby to, że KTOŚ robi coś/myśli o czymś/wygląda inaczej niż ja było w ogóle czymś, co JA mogę tolerować albo nie i w ogóle było w jakikolwiek sposób moją sprawą. No ale z braku innego pomysłu - używam właśnie tego.

sobota, 16 sierpnia 2014

Kto ma moją głowę (na kolonii) i dlaczego nie ja?

[Długo nas nie było (a miało nie być jeszcze dłużej), ponieważ spędzamy wakacje w pewnym przepięknym miejscu, z którego relacja już niedługo, bo, niestety, nasze wiejskie wojaże się kończą. Jednak piszę, bo temat jakoś wpadł, na czasie jest, a za kilka dni pewnie zapał polemiczny mnie opuści.]

Nie jestem (jeszcze) rodzicem nastolatka. Tak się jednak składa, że mam w otoczeniu i nastolatki, i rodziców nastolatków. Mam też w otoczeniu nauczycieli i sama się na nauczycielkę kształcę. Raz na jakiś czas mam więc pewne pomysły na to, jak powinno się z nastolatkami i starszymi dziećmi postępować. Do weryfikacji tych pomysłów mam niewiele okazji - ale z pewnością takowe się nadarzą i to szybciej, niż mi się wydaje. Z ciekawością zajrzę wtedy do wpisów, dotyczących moich przekonań co do postępowania z młodzieżą. Dzisiaj - o komórkach, koloniach i zasadach.

Czas jest wakacyjno-obozowy. Ostatnio kilka razy już w moim otoczeniu toczyły się dyskusje o posiadaniu/nieposiadaniu/używaniu/nieużywaniu telefonów komórkowych przez kolonistów. Zdanie mam, jak na dorosłego, pewnie dość nietypowe, więc postanowiłam wypowiedzieć się. O.
Po pierwsze - mam wrażenie, że zakaz posiadania/używania telefonów na obozie, to przede wszystkim wyraz obaw wychowawców. Jakich? Że dzieciaki nie podniosą głowy znad komórki przez cały wyjazd. Że będą wydzwaniały do rodziców kilkanaście razy dziennie i, w związku z tym, wpadały w histerię. Że rodzice będą do nich wydzwaniali kilkanaście razy dziennie i, w związku z tym, wpadali w histerię. Że drogi sprzęt obozowicze zniszczą, zgubią lub popsują. Ja te obawy rozumiem. Ale obnażają one nieco dziur w pedagogicznej koncepcji wyjazdu.

Jeśli nie jesteśmy w stanie sprawić, żeby dzieciak, chociaż na jakiś czas, zapomniał o komórce, spędzając dwa tygodnie w atrakcyjnym miejscu, w gronie rówieśników, to z nami, jako wychowawcami, musi być coś nie tak. Nie, nie z dziećmi, które są "zepsute, uzależnione od technologii i już zapomniały, o tym, że można bawić się inaczej...". Jeśli brakuje nam pomysłów i autorytetu, żeby ten problem rozwiązać nieprzemocowo, to chyba trzeba sprawę naprawdę przemyśleć. Nie wyobrażam sobie, żeby nastolatek, pochłonięty meczem piłkarskim/grą w podchody/kąpielą w morzu/inną rzeczą, która go naprawdę zainteresuje, siedział przyklejony do komórki. Może sobie ewentualnie chcieć przy okazji cyknąć zdjęcie na fejsa, ale czy to taki problem? Jeśli coś jest zakazane - jest pożądane i pamiętane. Jak dzieciaki się poobrażają, bo nie są traktowane jak ludzie z głową, to nie osiągniemy niczego. A jeśli uda nam się jakoś przyciągnąć ich uwagę do aktywności niewirtualnych (to naprawdę nie takie trudne!) - to po prostu dadzą sobie z telefonem spokój! 

Z czasów własnych wyjazdów pamiętam, jak wyglądała sprawa dzwonienia do domu. Pamiętam mistyczną figurę karty telefonicznej na impulsy. Pamiętam drżenie serca, że jeśli impulsy wydzwonię, to trzeba będzie kupić nową, a, że to dla kolonisty wydatek, skończy się na rezygnacji z lodów, a może nawet z coli. Pamiętam wyznaczoną na rozmowy godzinę, pamiętam kolejki do automatu i pamiętam, że zwykle ktoś płakał, bo przerwało/rozłączyło/rodziców nie było. Miało to, przyznaję, plusy i minusy. Uczyliśmy się radzić sobie sami, bo zadzwonić dało się jednak ograniczoną ilość razy i na pewno nie wtedy, kiedy w środku nocy robiło się tęskno. Ale cóż - były momenty, kiedy krótka rozmowa z rodzicem rozwiązałaby całkiem przyziemny problem, z którym - z braku laku - szło się w końcu do wychowawcy, który miał na głowie przyziemne problemy co najmniej tuzina dzieciaków. Rozumiem wyznaczenie godzin do kontaktów z dziećmi, żeby nie było nerwów pt. "nie odebrałam, a mama coś chciała", "miałam chwilę, to próbowałam się dodzwonić do rodziców w południe, a jakoś tak się złożyło, że byli w pracy". Ale i o dziecięcych tęsknotach zapomina się na kolonii, jeśli jest się zaopiekowanym i ma się zorganizowany czas (a mówi to wyrośnięty wrażliwiec i histeryk). A jeśli ktoś wyobraża sobie, że zmora kolonijnych wychowawców - "rodzic wydzwaniający" - zostanie zakazem korzystania z telefonów komórkowych zneutralizowany - to naprawdę poważnie się myli. Nie będzie mógł dodzwonić się do dziecka - będzie dzwonił do wychowawcy. A jeśli spotka się u niego z brakiem należytej, jego zdaniem, uwagi - zadzwoni wyżej i bezsensowny kłopot gotowy.

Paradoksalnie - najbardziej przekonuje mnie argument czysto materialny. Młody człowiek, szczególnie pochłonięty zabawą, ze sporym prawdopodobieństwem nie upilnuje wszystkich wartościowych rzeczy. Nie warto narażać ani dziecka na stres, ani rzeczy na zniszczenie. Ale z drugiej strony - w tej sprawie decydować powinni tylko rodzice i dzieci (oczywiście pod warunkiem, że nie zaczną nagle wymagać od wychowawców pilnowania komórek, PSP czy innych skarbów) - straty materialne są zresztą chyba wpisane w kolonijne życie, a jakąś wartościową rzecz najczęściej i tak z jakiegoś powodu zabrać trzeba...

Pół biedy, jeśli zakaz lub ograniczenia są jasne już przed wyjazdem. Rodzice, wychowawcy i DZIECI decydują wtedy, że są gotowi na przyjęcie konkretnych warunków. Tak, wyobrażam sobie, że moje dziecko odmówi wyjazdu na obóz, na którym obowiązuje zakaz korzystania z telefonu komórkowego. Dzisiaj wydaje mi się, że spróbuję namówić je do rozwinięcia tematu, ale uszanuję decyzję. Jeśli uważam, że moje dziecko ma na tyle rozumu, że może jechać na obóz (czytaj - że ma dość głowy, żeby być w stanie dokonywać przez dwa tygodnie samoobsługi i nie stworzyć przy tym zagrożenia dla siebie i innych), to uważam, że ma też dość głowy, żeby wiedzieć, jak chce wypoczywać. A jeśli będzie siedziało przyklejone do komórki godzinami - będę wiedzieć, że JA gdzieś popełniłam błąd. 

Taką zasadę można zresztą zaprezentować jako zakaz (wtedy pewnie zrodzi bunt i to nie tylko wśród dzieci) albo jako atrakcję. Szkoła przetrwania? Zabawa w Indian? Konkurs z nagrodami - kto najdłużej wytrzyma bez komórki? Jeśli dziecko zrozumie i przyjmie powód, dla którego w musi rozstać się z telefonem - prawdopodobnie czegoś się nauczy. Jeśli to będzie zwyczajna represja, postrzegana jako nieuzasadniona - użyje całej swojej, najczęściej naprawdę niemałej - wyobraźni, żeby ten zakaz "przeskoczyć".

Jeśli jednak zakaz pojawia się "w trakcie" i nie jest zapowiadaną, mającą sens karą (np. za używanie telefonów w trakcie zorganizowanych zajęć, na których było jasne, że robić tego nie wolno) - rozumiem i protestujące dzieci, i protestujących rodziców. Widzę w tym wyraz bezradności pedagogicznej - nie umiem sobie poradzić z tym, że macie atrakcyjny dla was sposób spędzania czasu albo z tym, że potrzebujecie non stop kontaktu z domem - więc walę na oślep. Komórka to nie alkohol, papierosy czy środki odurzające. Bywa uciążliwa i kłopotliwa, ale, jak każdy wynalazek - nie ze swojej istoty, tylko z powodu błędów w użytkowaniu. Z doświadczenia osoby, której zdarzało się pracować z dziećmi - są sytuacje, w których możliwość natychmiastowego kontaktu z rodzicami (czy z kimś innym, np. w razie zabłądzenia) to prawdziwe błogosławieństwo. Czasem warte nawet paru zmarnowanych na fejsie godzin.