Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wychowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Zdolne dziecko - instrukcja obsługi

Brzmi to potwornie nadęcie. Proszę zwrócić uwagę, że stosuję czas przeszły i próbuję spojrzeć na sprawę z pewnym dystansem, obiektywnie i bez fałszywej skromności. Tak, byłam dzieckiem "zdolnym", jeśli mierzyć tę "zdolność" standardami polskiej edukacji szkolnej. Tak, standardy te są co najmniej kontrowersyjne, ale o tym może kiedy indziej. Nie, dziecko, które wygrywa konkursy i przynosi ze szkoły same szóstki nie jest dzieckiem, które nie ma żadnych problemów i o którego psychikę nie trzeba się (szczególnie?) zatroszczyć. O tym, z własnego, tym razem niemacierzyńskiego a dziecięcego doświadczenia.

Porównywanie jest ZŁE.
Nie tylko dla osoby porównywanej. Osoba, do której się porównuje, też znajduje się w sytuacji co najmniej przykrej. Albo rzeczywiście uwierzy w to, że jest zdecydowanie lepsza od innych i przewróci jej się w głowie, albo będzie miała do siebie mnóstwo pretensji. Jak byście się czuli, gdybyście wiedzieli, że wasze sukcesy to, przynajmniej pośrednio, przyczyna czyjegoś nieszczęścia? Że ktoś was serdecznie nie lubi albo niedługo serdecznie znielubi, bo ciągle słyszy, jacy to wy jesteście mądrzy/zdolni/wysportowani/grzeczni etc? Wiele zdolnych dzieci ma z tego powodu problemy w relacjach z rówieśnikami - trudno wymagać od dzieci, by lubiły kolegów, którzy zawsze są "lepsi", "lepiej wychowani" i "na-pewno-nie-marnują-tyle-czasu-grając-na-komputerze-więc-mają-dobre-oceny". Zarówno dziecko porównywanemu, jak i temu, do którego się porównuje, odbiera się w ten sposób możliwość cieszenia się z sukcesu - cudzego lub własnego. Czasami wolałoby się już nie mieć tej piątki z trudnej kartkówki, żeby tylko znowu inni na ciebie krzywo nie patrzyli...

Zdolne dziecko trzeba chwalić!
Dowiedziałam się ostatnio, że nie można chwalić dziecka za to, co dla niego naturalne, że należy chwalić wysiłek, nie rezultat. To całkiem użyteczna rada, szczególnie, jeśli dziecko ma z czymś kłopot - najlepszą zachętą będzie cieszenie się z nawet całkiem malutkich postępów. ALE. To, że dziecku nauka przychodzi łatwo, wcale nie znaczy, że nie warto go pochwalić za imponujące rezultaty. Może to zabrzmi dziwnie, ale to nie jego wina, że jest zdolne. Dlaczego ma więc być pozbawione nagrody? Grozi to poczuciem zepchnięcia na boczny tor i niedoceniania - po co mi te piątki, skoro wszyscy uważają, że to po prostu normalne? Co muszę zrobić więcej, żeby zasłużyć na uznanie?
ALE
Z pochwałami trzeba uważać!
Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że zdolne dzieci warto chwalić przede wszystkim w cztery oczy. Czasami nauczyciele, publicznie mnie doceniając, zamiast nagrodzić mój wysiłek, wprawiali mnie w potworne zakłopotanie, równocześnie prowokując zazdrosne albo złośliwe szepty: "bo ona przecież wszystko umie..."

Uwaga na porażki!
Porażki zdarzają się każdemu. Ale niektórzy są do nich przyzwyczajeni, niektórzy doznali ich akurat tyle, żeby nauczyć się, jak otrzepać się i pójść dalej, a niektórym zdarzają się na tyle rzadko, że urastają do rangi życiowych tragedii. Dziecko, któremu zwykle wszystko się udaje, może zareagować dziwnie, jeśli coś nagle się nie uda albo uda się w mniejszym stopniu. Pozornie błaha sprawa (trójka zamiast piątki z klasówki, wyróżnienie zamiast pierwszej nagrody w konkursie) może je kompletnie załamać. W końcu to nowa albo prawie nowa, bardzo przykra sytuacja, a reakcje otoczenia czasem czynią ją jeszcze bardziej przykrą. Nie wolno tego zlekceważyć. Z zewnątrz wydaje się to drobiazg - "od środka" - zdecydowanie nie. Warto dać dziecku znać, że, przez porażkę nie stało się nagle "głupkiem" z "geniusza" i próbować podsuwać różne sposoby radzenia sobie z porażkami.

Nie ma potrzeby werbalizowania zdziwienia
Jedną z najgorszych rzeczy, które towarzyszyły moim (stosunkowo nielicznym) szkolnym potknięciom, było generalne zdziwienie. "No jak, ty nie zdałaś/dostałaś jedynkę/pomyliłaś się?!" No tak, ja. Wiem, że są osoby, które tego typu pytania traktują jako rodzaj komplementu. Ja, słysząc coś takiego, miałam głębokie przekonanie, że otoczenie się na mnie zawiodło. Że uważali mnie za mądrą, a teraz przestaną. I że w ogóle przestanę być wartościowa, bo przecież bycie "zdolnym" to najważniejsza część mojej tożsamości, w końcu to ją w kółko się podkreśla...
No i, tak całkiem praktycznie, co odpowiedzieć na takie pytanie? Od kiedy trochę podrosłam, przychodziły mi do głowy tylko odpowiedzi nienadające się do publikacji. Czy to naprawdę takie zdumiewające, że każdemu zdarza się błąd?


"Zdolne" dziecko to normalne dziecko
Dobry, pilny uczeń nie musi być równocześnie doskonale grzeczny i "zaszyty" w książkach. Może oczywiście być introwertyczny "z natury", może jednak także wycofywać się, bo uważa się za "lepszego" albo dlatego, że zmaga się z odrzuceniem zazdrosnych i zmęczonych jego "zdolnością" rówieśników. Może pragnąć ich aprobaty i próbować ją zdobyć na różne, czasem szkodliwe sposoby - choćby dając się wykorzystywać albo podejmując działania ryzykowne. Może wreszcie, tak jak każde dziecko, mieć po prostu potrzebę wyjścia na podwórko, zabawy z kolegami, gry w piłkę, randki, imprezy. Wiem, że to nie pasuje do szufladki z "kujonami". Ale szufladki poza komodą są zupełnie bez sensu, tak często się nie domykają albo brakuje im dna. Brak problemów w szkole nie chroni od innych problemów - wychowawczych, emocjonalnych, życiowych. Standardowe "dobrze-mu-idzie-w-szkole-jakie-może-mieć-kłopoty?" nie zawsze się sprawdza. Oczywiście - może nie mieć żadnych albo tylko drobne. Ale to wcale nie jest powiedziane.

środa, 15 października 2014

Zabrania się zabraniać

Jestem przeciwniczką zakazów. Ściślej - takich zakazów, których istoty nie jesteśmy w stanie w krótkich, żołnierskich słowach wyłożyć zbuntowanemu kilkulatkowi. Szczególnie takich, które opierają się na niezawodnym argumencie "nie-bo-nie" albo, równie trudnym do odparcia: "nie-bo-ja-tak-powiedziałem-a-ty-masz-mnie-słuchać-smarkaczu". Jeśli na pytanie: "Dlaczego mam tak nie robić?" nie umiemy sformułować zwięzłej, logicznej i zrozumiałej dla dziecka odpowiedzi (nie mówię o niemowlętach, tu jest trochę trudniej, ale o dzieciach, co najmniej kilkuletnich), to coś jest nie tak albo z samym zakazem, albo z naszym jego rozumieniem.

Być może byłam dziwnym dzieckiem (moi Rodzice mówią, że nawet na pewno), ale na mnie zakazy działały w bardzo ograniczonym zakresie. Dopóki ROZUMIAŁAM, dlaczego mam czegoś nie robić - po prostu tego nie robiłam. Rozumiałam to czasem pokrętnie - wielu rzeczy nie robiłam na przykład, bo wiedziałam, że zostanę za to nierobienie pochwalona, a pochwały lubiłam od zawsze. Niektórych nie robiłam dlatego, że nie chciałam dostać uwagi albo jedynki, bo ambitne było ze mnie stworzenie (nie mówię, że to dobrze, zdecydowanie wolę marchewkę od kija, ale na mnie akurat taka motywacja działała). Innych rzeczy natomiast, i to chyba ważniejsze, nie robiłam, bo po prostu nie chciałam ich robić. Dlatego na przykład po raz pierwszy napiłam się alkoholu niewiele przed osiemnastką. Powiedzmy sobie szczerze - wszelkie zakazy mnie, jako nastolatki, zupełnie nie interesowały. Po prostu uważałam, że nie chcę być pijana i mieć z tego powodu sensacji żołądkowych, problemów z orientacją w terenie i zachowywać się durnowato, a potem za siebie wstydzić, jak zdarzało się moim koleżankom i kolegom. Nie w gronie znajomych, w którym nie na wszystkich mogę polegać. Trochę wyniosłam to z domu, trochę zrozumiałam sama. Efekt osiągnięty.

Byly natomiast zakazy, które, nie rozumiejąc ich istoty, łamałam nagminnie, z premedytacją i rozkoszą. Wspominałam już kiedyś o ubraniowym rygorze w moim gimnazjum? Nigdy się tak nie szpeciłam jak wtedy, żeby wszem i wobec pokazać, że kontestuję zasadę niepozwalającą na noszenie glanów i malowanie się. Jedyny efekt był taki, że wyglądałam koszmarnie. Bo wiecie co? Można powiedzieć, że wygrałam z systemem. Uwagę za ubiór dostałam raz. Sama się o nią upomniałam. Przez trzy lata, kiedy konsekwentnie łamałam tę zasadę, właściwie nie miałam żadnych kłopotów. Ba. Miałam wzorowe zachowanie! Może dlatego, że byłam dobrą uczennicą (bo chciałam) i nie sprawiałam innych kłopotów wychowawczych (bo nie miałam na to ochoty). Może dlatego, że większa część grona pedagogicznego w rzeczywistości nie uznawała tego zakazu za zbyt istotny. A może dlatego, że tak naprawdę trudno go było obronić?

Są także rzeczy, których, może nie tyle nigdy nie robię (bo się, niestety, zdarza), ale których zrobienie sprawia, że ja sama czuję się ze sobą źle. To te rzeczy, co do których ROZUMIEM, że są niedobre. Że są niezdrowe, że mogą kogoś skrzywdzić albo wyrządzić jakąś szkodę, że są zwyczajnie głupie. CZUJĘ, że tak się nie robi. Że komuś może być przez to przykro. Że coś komuś niszczę. Że wyrządzam krzywdę sobie. Mam wewnętrzne przekonanie, że takie postępowanie jest złe. Wpojono mi to w domu. Albo sama do tego doszłam. Wiem, że zdolność do abstrahowania i skomplikowanych rozważań moralnych pojawia się u młodych ludzi dosyć późno i że wynika to z rozwoju mózgu. Wiem, że tego, co rozumiem teraz, prawdopodobnie nie rozumiałam mając 5 lat. Wiem, że dzieci muszą mieć ramy i zasady. Tylko czemu nie mają ich rozumieć i uznawać za swoje albo chociaż za sensowne? Chyba nie tak trudno przedstawić w jakiś, w miarę zrozumiały sposób chociaż podstawowe: "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe"? Albo "nie ruszaj tego, bo możesz się zranić i będzie cię bolało"?

Nie lubię zakazów z kilku powodów:

  • Po pierwsze - jak głoszą ludowe mądrości: zasady są po to, żeby je łamać, a w dodatku zakazany owoc lepiej smakuje. Zakazanie rzeczy, co do której ktoś NIE ROZUMIE, że jest zła, nieodpowiednia albo krzywdząca, może uczynić ją jeszcze bardziej fascynującą. Znałam co najmniej kilkoro dzieciaków, które oglądały filmy dla dorosłych, bo tego nie wolno i hahaha, taki zbuntowany jestem, chociaż w rzeczywistości uznawały je za dość nudne. W pewnym wieku po prostu bardzo lubi się łamanie zasad. Tak po prostu. Dla zasady właśnie.
  • Po drugie - im zakazów więcej, tym trudniej je wyegzekwować. I tym trudniej, w związku z tym, sprawić, żeby były one nie tylko przestrzegane, ale i szanowane. Mówią o tym na przykład prawnicy. Jeśli nie da się wyegzekwować przestrzegania ograniczeń prędkości, kierowcy się rozbestwiają i jeżdżą coraz bardziej brawurowo, bo przecież nikt ich nie złapie. A zresztą tych śmiesznych ograniczeń i tak nikt nie przestrzega. Nieprzypadkowo mówi się, że kara powinna być nawet nie tyle surowa, co nieuchronna. A jeśli zakaże się zbyt wielu rzeczy - nieuchronność kary jakoś się rozmywa.
  • Po trzecie - mój zakaz obowiązuje także mnie. Niestety. Takie mam przekonanie, które mi z gimnazjum pozostało (raz w życiu odezwałam się bezczelnie [i, na jej nieszczęście, dość inteligentnie przy okazji] do nauczycielki właśnie z tego powodu; jest mi teraz głupio, ale tylko trochę). Jeśli ktoś mi czegoś zakazuje - nie mam pojęcia, z jakiej racji miałby móc robić to sam. Jeśli więc zakażę dziecku jedzenia czekolady, a ono przyłapie mnie na pochłanianiu tabliczki przed telewizorem, po prostu - stracę autorytet. Mogę mu potem wciskać, że to niezdrowe. Dziecko widzi, że mama je i ma się dobrze. Nie poabstrahuje i nie pomyśli o tym, że za 20 lat mamie to zaszkodzi. Poczuje się oszukane.  Co myślimy o policjantach, którzy parkują w niedozwolonym miejscu, żeby wyskoczyć do osiedlowego?
  • Po czwarte (i najważniejsze) - jeśli nawet zakaz, którego istoty dziecko nie rozumie, działa (na przykład - z powodu strachu przed karą), działa dopóty, dopóki jesteśmy w stanie tego dopilnować. Nie jesz słodyczy. Ok. Przy mamie. Bo się złości i krzyczy albo po prostu - nie kupuje. Jeśli dziecko NIE ROZUMIE, że, na przykład, może się od tego pochorować (bo ma cukrzycę, alergię, cokolwiek), na 98% rzuci się na to, co zakazane na pierwszej wycieczce/kolonii/wyjściu/kiedy będzie miało jakieś własne pieniądze. Nie będę stać nad dzieckiem przez całe życie, grożąc mu szlabanem i pilnując każdego ruchu. Chciałabym, żeby to, czego chcę Groszka nauczyć, działało także wtedy, kiedy mnie przy nim, z jakiegoś powodu nie będzie.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę się zgadzać na wszystko. Są rzeczy, których wolałabym, żeby Groszek nie robił. Są takie, których chciałabym, żeby nie robił. Są takie, które nie wyobrażam sobie, żeby zrobił. I są takie, które, gdyby zrobił, sprawiłyby, że doszłabym do wniosku, że nie sprawdziłam się jako matka. Ale chciałabym, żeby nie robił ich w ogóle, a nie tylko wtedy, kiedy mama patrzy...

środa, 10 września 2014

O czym marzę dla mojego Groszka #2, czyli jak nie uczyć dziecka "tolerancji"?

Moi Rodzice mieli i mają bardzo wiele świetnych sposobów na wychowywanie dzieci. Nie chodzi tu tylko o doświadczenia wykształconych pedagogów, a raczej chyba o jakieś, może nawet nie do końca świadome, kształtowanie umysłów. Jednym z ich najbardziej dla mnie tajemniczych rodzicielskich osiągnięć (które tak bardzo chciałabym umieć powtórzyć) jest to,  że nigdy nie musieli uczyć nas "tolerancji"*.

Smutny fakt, że komuś może przeszkadzać to, że ktoś inny jest inny - czyli inaczej wygląda, inaczej myśli, inaczej wierzy, dotarł do mnie dopiero w podstawówce. Moja Przyjaciółka, która chodziła ze mną wtedy do klasy, ma Tatę-Indianina z Panamy. Nie przyszło mi do głowy, żeby w ogóle na to zwrócić uwagę (naprawdę), nawet jej egzotycznie brzmiące imię i nazwisko nieszczególnie mnie frapowało, dopóki któryś z kolegów nie rzucił jakiejś rasistowskiej uwagi. Dyskusja w klasie, która się potem wywiązała, uświadomiła mi, że w ogóle jakiś problem tu gdzieś może zaistnieć. Chociaż` jeszcze wtedy wydawało mi się to zupełnie abstrakcyjne.

Dopiero potem dotarło do mnie, że ktoś (czytaj - Rodzice) ukształtował mój umysł w taki sposób, żeby to, że ludzie są różni, różnorodni, różnie myślą i czasem robią rzeczy, których my byśmy robić nie chcieli, chociaż wcale nie są one "obiektywnie" złe, było dla mnie zupełną normą. Nikt nie musiał mi tłumaczyć, że tak jest. Tak po prostu było. Nie mówię, że nie bywałam jako dziecko zdziwiona czyjąś "innością" i że zawsze umiałam się zachować, bo bywałam i nie umiałam. Ale ta "odmienność" wywoływała moją ciekawość (nie zawsze delikatnie wyrażaną, to fakt), nie wrogość. Nie trzeba było mnie uczyć, że nie można bić albo w jakikolwiek inny sposób krzywdzić kolegi, bo ma inny kolor skóry, kilka dodatkowych kilogramów albo zeza.  Że nie można go obrazić, bo nie chodzi do kościoła. Że nie można się śmiać, bo żegna się przed zjedzeniem kanapki. Takie powody w ogóle nie przyszłyby do głowy (co oczywiście nie znaczy, że nie wpadałam w konflikty z idiotycznych przyczyn - po prostu akurat nie z takich). Może dlatego, że jako dość małemu jeszcze dziecku, "groziła mi" dosyć poważna wyglądowa odmienność i jakoś podświadomie zrozumiałam, że to, że nie jestem z tego powodu ogólnym obiektem durnych żartów to łut szczęścia, a może po prostu dlatego, że u mnie w domu taki sposób myślenia był zupełnie oczywisty.

Teraz, kiedy jestem dorosła, widzę, że takie podejście ukształtowało mój światopogląd i, chociaż wiele się we mnie zmieniło, to akurat pozostało niezmienne. Otwieram się na różnorodność, rozumiem ją, szanuję i... uwielbiam. Bardzo się cieszę, że ludzie są różni, że mają różne poglądy, że wierzą w różne rzeczy, różnie kierują swoim życiem i bardzo różnie wyglądają. Nienawidzę tego, że świat jest tak urządzony, że niektórzy ludzie przez swoją "odmienność", z różnych przyczyn, bardzo cierpią. Nie zawsze mogą tego uniknąć, ale nie chcę robić nic, żeby się do eskalacji ich trudności przyczyniać. I tyle.

Nie chodzi o to, że coraz bardziej jestem relatywistką, a na dodatek całe poważniejsze wykształcenie otrzymałam (jeszcze?) w paradygmacie postmodernistycznym. Z tym Rodzice nie mają zbyt wiele wspólnego i nie zawsze się tu we wszystkim zgadzamy. Chodzi po prostu o to, żeby być otwartym. Żeby nie kategoryzować. Żeby nie wyrokować. Żeby pamiętać, że jeśli przedstawiciel jakiejś grupy w jakiś sposób nas skrzywdził, to nie skrzywdziła nas wcale grupa, której możemy teraz swobodnie nienawidzić, tylko ta konkretna osoba. I że dopóki czyjeś działania dotyczą jego samego lub innych ludzi, którzy się na nie zgadzają, to absolutnie nie są moją sprawą. Nie moją rolą jest to "tolerować" czy "nie tolerować". To po prostu nie mój interes. Z jednej strony brzmi to jak proste, ładne hasełka. Z drugiej - jak utopia, z aporią w środku (bo przecież szacunek dla różnorodności zakłada też, że szanujemy tych, którzy tego szacunku nie mają - ale ja nie o swoim pomyśle na rozwiązanie tej aporii miałam tu pisać). Z trzeciej - jak program minimum, który wydaje się oczywisty. Niezależnie od tego, z której strony na to spojrzeć - bardzo, bardzo lubię ten swój, wyniesiony z domu, sposób myślenia. I jeśli będę go umiała przekazać Córeczce, tak bardzo niepostrzeżenie, nieagresywnie i bez mentorskiego tonu, jak zrobili to moi Rodzice... Osiągnę, w swojej ocenie, prawdziwy rodzicielski sukces.

*Umieszczam to słowo w cudzysłowie, bo nie do końca je lubię. Jakby to, że KTOŚ robi coś/myśli o czymś/wygląda inaczej niż ja było w ogóle czymś, co JA mogę tolerować albo nie i w ogóle było w jakikolwiek sposób moją sprawą. No ale z braku innego pomysłu - używam właśnie tego.

piątek, 4 lipca 2014

O zarażaniu swoją pasją i realizowaniu ambicji cudzym kosztem

Wcześniejsze posty były o rzeczach, o których coś wiem. Albo mi się przynajmniej tak wydaje. Teraz będzie o czymś, czego nie wiem. To nawet jedna z poważniejszych rzeczy, których nie wiem, jeśli chodzi o rodzicielstwo. Rzecz o ambicjach, pasjach, sukcesach, zmuszaniu i perswazji...

Jako młoda nastolatka miałam za złe całemu światu, że nie trenowałam intensywnie żadnego sportu. Grałam w tenisa, chodziłam na basen, na SKSy, ale wszystko to było raczej ogólnorozwojowe. Jeśli chodzi o pływanie - podobno miałam nawet talent (który pewnie dałoby się wykorzystać, gdybym nie bała się histerycznie wody do dziesiątego roku życia). Kiedy zamarzyłam o profesjonalnym sporcie, okazało się, że jest na to trochę za późno. Nawet do klubu siatkarskiego nie chcieli mnie przyjąć, bo byłam "za stara" (w wieku 12 lat!). Byłam nawet zła na Rodziców. Słyszałam z każdej strony, że "trzeba zacząć wcześnie" i "trenować do upadłego". Ale jak, jeśli nikt mi nie kazał poświęcać kilku godzin dziennie na treningi, zamiast na zabawę?

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile wyrzeczeń prawdopodobnie czekałoby mnie, gdybym miała rzeczywiście trenować. Moi Rodzice - zdawali. Wiedzieli, że mogłoby dojść do sytuacji, kiedy byłoby ciężko ze szkołą, już nie mówiąc o rozrywkach. Może nie byli pewni, czy jestem gotowa poświęcić to wszystko, czy kocham sport aż TAK bardzo (ja tego też nie wiedziałam i nie wiem). Pewnie zdawali sobie sprawę, że jest spora szansa, że wymięknę, musząc wstawać codziennie o szóstej na basen. Wiedzieli natomiast, że kariera sportowca to rzecz krótka i bardzo niepewna. Że mogłoby skończyć się tak, że, po jakiejś kontuzji czy niepowodzeniu, zostanę z niczym. Z perspektywy czasu - myślę, że dobrze się stało.

Źródło: http://www.demoty.pl/ambicje-rodzicow-29722
O tym, że chcielibyśmy wychować bramkarza reprezentacji Polski, mówiliśmy raczej na żarty. Kiedy okazało się, że Groszek jest dziewczynką - plany te zdecydowanie wybijała nam z głowy jedna z groszkowych Babć ;). Ale... chyba chciałabym, żeby Mała umiała grać w piłkę nożną (ja - nie umiem i bardzo źle się z tym czuję; może znacie jakąś szkółkę piłkarską dla matek karmiących?). Więc zarażamy ją. Oglądała z nami Ligę mistrzów, ogląda Mundial (albo przynajmniej słucha komentarza, bo staramy się, żeby nie patrzyła w telewizor). Sz. przyniósł jej małą Pierwszą Piłkę. No ale. Co, jeśli ona tego nie polubi? Jeśli nie zechce? Jeśli będzie wolała balet, jazdę na łyżwach albo w ogóle nic? Gdzie się kończy podsuwanie pomysłów, a zaczyna - wmuszanie i zmuszanie? 

Znałam kilka osób, które były przez Rodziców zmuszane do różnych rzeczy. Znałam dziewczynkę, która musiała uczyć się nocami już w podstawówce, bo mama wymagała, żeby była najlepsza w klasie (biedne dziecko ścigało się nie ze sobą, a z innymi i szczerze nienawidziło koleżanek, które miały lepsze oceny). Słyszałam o dziecku, które ciężko zachorowało, bo rodzice, wożąc je z jednych zajęć dodatkowych na drugie, nie zauważyli, że jest na granicy wyczerpania. Znałam ludzi zmuszonych do wyboru określonych studiów. Szantażem, groźbą, prośbą, perswazją. Z nieśmiertelnym "kiedyś mi za to podziękujesz" na karku. Czujących, że mają wobec Rodziny zobowiązania i mogą poświęcić w ich imię własne pragnienia. To, w większości, byli ludzie bardzo nieszczęśliwi. Kiedy z nimi rozmawiałam - czułam wściekłość i agresję. Jak można wyrządzać taką krzywdę  własnemu dziecku?! 
I co? Taki sam los szykuję swojej Córce? Nie umiem grać w nogę, a marzę o tym od dawna, więc ona się nauczy? Aż jestem sobą przerażona...

Jak to zrobić? Jak zauważyć i pielęgnować talent, bez zmuszania? Jak nie zmarnować potencjału, a równocześnie - nie unieszczęśliwić? Ja raczej nie miałam być sportowcem, ale może moje dziecko ma? Albo muzykiem? Albo genialnym naukowcem? Może, jeśli nim nie zostanie, zapyta: "Czemu we mnie nie inwestowaliście?" Co zrobić z tym, że kiedy ona sama wyrazi swoje marzenie, może być za późno na jego realizację? Czy rzeczywiście nigdy nie jest za późno, kiedy jest się dostatecznie zdeterminowanym? 
A jak poradzić sobie z tym, że marzenie- marzeniem, ale dzieci łatwo zmieniają zdanie? Albo - że czasem im się nie chce? Że chciałyby kopać jak Lewandowski, ale komputer w sumie też jest fajny? A co z tym, że dziecko, decydując, wielu konsekwencji swojej decyzji sobie nie wyobraża (chociaż pewnie widzi inne rzeczy, których dorośli nie dostrzegają)? Że nie wie na przykład, jak mogą wyglądać ramiona zawodowej pływaczki i nie przewidzi, czy nie będzie miała z tego powodu kompleksów lub problemów? Mnie się wydaje, że to nieważne, że to drobiazg, ale czy mogę być pewna, że moje dziecko też tak będzie myślało? Zawsze trzeba z czegoś rezygnować, ale skąd się niby wzięło moje prawo do rezygnowania za kogoś?

Mam wychowawczą zagwozdkę. Może jeszcze jest chwila, żeby ten problem rozwiązać, ale pewnie nie tak długa... Gimnastyczki artystyczne trenują przecież od 2-3 roku życia...

piątek, 27 czerwca 2014

O czym marzę dla mojego Groszka?

Małe dzieci doskonale się czują poznając świat. Kiedy patrzę na Maleńką, widzę, że zdobywanie każdej nowej umiejętności sprawia jej szaloną przyjemność. Kiedy to piszę, właśnie siedzi w foteliku i wyśpiewuje, sprawdzając, jakie dźwięki może z siebie wydobyć. Jest tym zupełnie pochłonięta, a jeśli się tym zmęczy lub znudzi, zaraz zacznie się po prostu uczyć czego innego - jaka w dotyku jest pluszowa owieczka, jak smakuje grzechotka, co się stanie, jeśli pociągnie się mamę za ucho... Co się potem dzieje z tą naturalną radością poznawczą? Bo już moja Siostra specjalnej nie przejawia - konieczność odrobienia pracy domowej nierzadko równa się małej tragedii. Mam wrażenie, że dzieciom w którymś momencie wyrządza się jakąś potworną krzywdę...

Źródło: http://rozwojdziecka.edu.pl/
To chyba ten moment, w którym dziecko dowiaduje się, że MUSI się uczyć. Nie "chce". Nie "może" - MUSI. I to nie dlatego, że te umiejętności są w gruncie rzeczy naprawdę przydatne, w zasadzie nawet nie wie, że może mu się to przydać do czegokolwiek. MUSI i już, bo mu w szkole każą. Dodaje się do tego jeszcze, jakże rozkoszną motywację pod tytułem: "nie pójdziesz pograć w piłkę/do koleżanki/na podwórko, bo musisz się uczyć" i czyni się z tej konieczności największą tragedię pod słońcem. Robią to sobie nawet studenci. Mam koleżankę, która przestała jeździć na weekendy do domu, żeby się uczyć. Na pierwszym roku studiów. Płakała z tęsknoty. Z nauki niewiele wychodziło, a studia serdecznie znienawidziła. Jeśli poznawanie świata, czytanie książek, dowiadywanie się, jak działają różne przedmioty przedstawi się dziecku jako smutny obowiązek, przeciwstawiany zabawie i przyjemnościom, trudno się dziwić, że rekordy popularności biją dowcipy o tym, jak to sen o płonącej szkole jest najpiękniejszym na świecie.

Znowu miałam szczęście. Jako dziecko zdolne i z dobrą pamięcią, obowiązkowy materiał opanowywałam bardzo szybko i mogłam zająć się ciekawszymi rzeczami (książkami, zabawą, sportem...). Miałam dobre oceny, więc nie zostałam "zmiażdżona przez system", nikt mnie do nauki nie zmuszał, nie zdążyłam więc jej znienawidzić.Z własnej woli, wręcz w tajemnicy przed rodzicami, jako dziecko sześcioletnie, studiowałam na przykład "Leksykon chorób dziecięcych" (do dzisiaj pamiętam fragmenty). A kiedy przestałam się na dobre zbliżać do matematyki i fizyki (co do których, niestety, wmówiłam i dałam sobie wmówić, że nie jestem w stanie ich opanować, szkoda...), doszłam do wniosku, że nauka to najciekawsze zajęcie pod słońcem.

Chciałabym, żeby moja Córeczka lubiła się uczyć przez całe życie. Żeby wszystko interesowało ją tak bardzo, jak miękkie ucho pluszaka. Żeby nikt nie wmówił jej, że nauka to przykry obowiązek, a nie wspaniałe prawo. Marzę, żeby ciągle zadawała pytania i szukała odpowiedzi. Żeby wiedziała, że każda wiedza może jej się do czegoś przydać. Może się zmęczę, odpowiadając na pytania i dbając o intelektualną stymulację. Może dam czasami zły przykład, marudząc, że mi się nie chce (bo przecież żadna przyjemność nie cieszy, jeśli uprawia się ją na okrągło). Może czasem przyznam, że jakieś ćwiczenie czy zadanie naprawdę nie ma sensu. Może ciesząc się uczeniem nie będzie miała doskonałych ocen i nagród w konkursach (chociaż jakoś w to nie wierzę...). Ale zrobię wszystko, żeby utrzymać u Groszka na zawszę pasję poznawczą. W końcu ta naturalna ciekawość świata, która zaczyna się od naturalnej ciekawości struktury pluszaka, jest naprawdę cudowna!