Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mamą być.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mamą być.... Pokaż wszystkie posty

środa, 26 listopada 2014

Wpis antykryzysowy

Ostatni miesiąc był paskudny. Naprawdę. Nietolerancja żółtka u Groszka - gwałtowne wymioty (i zaraz spokój, ale co się matka nadenerwowała i napłakała, to jej). Ledwo się uspokoiło - znowu pełna mobilizacja - jedna z najbliższych osób potrzebuje pomocy - biorę się w garść i mam czas na wszystko i ze wszystkim sobie radzę, nie ma co się skarżyć, zresztą to przecież nie jest teraz ważne. Mała ma skok rozwojowy, nie śpi w nocy, chce na ręce przez 24 godziny na dobę - cóż, trzeba jakoś dać sobie radę. Dodatkowo, Tajfunek zaczyna raczkować, muszę mieć oczy dookoła głowy, bo nieszczęść nam już starczy. Mam na to siłę na półtora tygodnia, strasznie mało... W końcu wszyscy zaczynają mówić, że wyglądam na zmęczoną, a ja naprawdę zaczynam się tak czuć. Żadnego z ostatnich pięciu weekendów nie spędzamy wszyscy razem w domu. Zaległości z robotą rosną tak, że nawet myśleć o nich trudno. Mąż ma mnóstwo spraw, także poza pracą, zdarzają się dni, że nie ma jak mi pomóc (jak sobie radzą samotne Matki, no po prostu święte za życia albo gdzieś potajemnie hodują dodatkowe kończyny...), rośnie gorycz i frustracja, a na koniec wreszcie trafia mnie szlag...

Ostatecznie wybucham, ale okazuje się, że - mimo że wiem, o co mi chodzi, co mnie tak męczy i wkurza, z czym sobie nie potrafię poradzić - z tym, o co i jak chciałabym osiągnąć jest już trochę gorzej. Wczoraj udało mi się zwerbalizować swoje pragnienia. Chciałabym, żeby Mąż spędzał z nami więcej czasu. Równocześnie chciałabym, żeby spełniał się w pracy (chociaż w skrytości ducha strasznie jej nie lubię, ale to bez znaczenia przecież, nie moja praca) i żeby nie zawalał obowiązków, bo jak to tak można. Chciałabym mieć czas na pracę i móc porządnie wrócić na studia od marca. Równocześnie chciałabym nie zostawiać Groszka ani na chwilę, bo przecież jestem jego mamą, ma do mnie prawo i mnie potrzebuje (opiekunów ma świetnych, ale to przecież nie zwalnia mnie z obowiązków...). Chciałabym, żeby w domu było wreszcie czysto dłużej niż przez jedno popołudnie, chciałabym mieć czas na siłownię, basen i doktorat, ale najchętniej bez niczyjej pomocy. Bo, jak trzeźwo zdiagnozował mój Małżonek, nie znoszę potrzebować pomocy. Mam zawsze wrażenie, że zawracam głowę, że w końcu nikt nie ma obowiązku niczego za mnie robić i że po co w ogóle prosić, skoro, jeśli odmówi, i tak będę musiała poradzić sobie sama. Dlaczego nie poradzić sobie od razu i nie narażać siebie i innych na przykrości odmowy? Umiem przyjmować pomoc, umiem być wdzięczna - nie umiem poprosić. To jest trochę jak przyznanie się do porażki - wzięłam na siebie tyle, że nie umiem udźwignąć, potrzebuję innych ludzi, jestem od nich zależna... Zwerbalizowałam i doszłam do wniosku, że może warto byłoby trochę te moje marzenia "odsprzecznić" wewnętrznie.

Łapię się czasem na marzeniach o "wolności". Mąż mówi, że chciałby, żebym była szczęśliwa. Szczęśliwa? Nie przypominam sobie okresu w życiu, w którym byłabym tak naprawdę szczęśliwsza niż teraz, mimo że Groszek i samotność dają mi w kość. Byłam szczęśliwsza mając 52 godziny zajęć w tygodniu i goniąc jak szalona? Życie było po brzegi wypełnione, jak nie nauka to impreza, cały czas się coś działo... Po trzech takich latach - zdrowie do wymiany. Teraz pewnie padłabym szybciej. Nie przeczę - było fajnie. Ale na dłuższą metę - nie warto. Miałabym z tego coś sensownego? Naprawdę sensownego? Codzienny uśmiech przed zaśnięciem zamiast odcisków na policzkach od spania na książce? Co by mi zastąpiło ciepłe łapki na policzku, uśmiechy, buziaki i słodkie "ma-ma"? Przecież w przedgroszkowej erze tego mi właśnie brakowało  - miałam ogromne zapasy miłości, specjalnie dla kogoś takiego, jak nasze Maleństwo - tak właśnie odczuwałam instynkt macierzyński...

No i ostatecznie stwierdziłam, że problemem nie jest to, że Mąż długo pracuje, a Groszek ma skok rozwojowy. To znaczy - to oczywiście też nie jest wcale fajne, nie będę udawać, że 12 godzin z marudzącym Maluchem to, przy odpowiednim nastawieniu, sama rozkosz. Ale prawdziwy problem jest w kółko ten sam - zamiast mieć to, co mam, CZEKAM, tak jak wcześniej czekałam na weekendowe spotkania z Ukochanym, pozwalając pozostałym dniom gdzieś uciekać - aż Mąż wróci z pracy, aż Mała zaśnie, aż będzie weekend, aż będzie długi weekend... Dziewięć miesięcy mija, a ja ciągle na coś czekam. Tyle poradników psychologicznych, tyle dociekliwej autoanalizy, świadomość problemu też niezgorsza, a błędy te same. 

Groszek uczy bycia tu i teraz. Naszym ostatnim największym osiągnięciem jest wieczorny rytuał zasypiania. Po kąpiemy jemy kleik z owockami (jedyne, co Groszek, poza maminym mlekiem, z radością i z apetytem wsuwa...), Groszek gryzie swoją szczoteczkę do ząbków, my rozmawiamy, mamy chwilę dla siebie, Mała między nami turla się, gaworzy i w końcu - wtula się i zasypia. Nienoszona, właściwie - nie usypiana. Odpoczywamy. Wreszcie możemy porozmawiać, bo to jej w spaniu nie przeszkadza. Nie możemy natomiast korzystać z elektroniki - za bardzo Małą interesuje, żeby w jej towarzystwie zasnęła - jesteśmy dla siebie, wszyscy we trójkę. Taki moment na szczęście. Najszczęśliwszy, jeśli nie muszę CZEKAĆ, aż zaśnie, żeby zabrać się wreszcie do roboty...


Chciałabym stopniowo tak ulepszać cały dzień, nie tylko wieczory. Bez rygoru "przestrzegania postanowień" (którego nie znoszę) - po prostu potrzebuję zauważyć, że mam się z czego cieszyć i że są to rzeczy zupełnie niebanalne. Kilka pomysłów - może macie jeszcze jakieś?
  • Robić jedną rzecz na raz. No, góra dwie, jeśli potraktować tak słuchanie muzyki przy sprzątaniu. I zaangażować się w pełni w tę jedną robioną rzecz. W odpoczywanie też.
  • Rozpisać grafik. Kto którego dnia wstaje rano, a kto może pospać. Kiedy które z nas ma "wychodne". Kiedy wieczór na nadgonienie roboty. Kiedy nadprogramowe zajęte popołudnie. Zachować równowagę. Przestrzegać mniej więcej, bez histerii, elastycznie. Ale przestrzegać.
  • Szukać różnych sposobów na odpoczywanie. Filmiki z kotami i wracanie do tych samych, ulubionych tekstów to nie jedyny sposób, chociaż też wchodzi w grę.
  • Przestać się pilnować. Nie jestem cyborgiem. Mogę być zła i zmęczona. Mogę mieć dosyć. Inni mogą to zobaczyć. Nie umrą od tego.
  • Trenować prośby o pomoc. Może dzięki temu treningowi, znajdzie się nagle chwila na siłownię i basen? A może nagle okaże się, że po odmowie świat się nie kończy, a nawet nie jest znacznie gorszy?
  • Wyluzować. Nie chce jeść - trudno, z głodu nie umrze przy pełnej lodówce. Chce wziąć zupkę do ręki, zamiast do buzi - proszę bardzo. Niezaliczona kartkówka? Naprawdę? Masz dwadzieścia pięć lat czy osiem? Gafa? Błąd podczas zajęć? Masz czas to analizować? Mając tylko takie problemy jest się chyba w doskonałej sytuacji, nie?

czwartek, 30 października 2014

Dziecko w przestrzeni publicznej. Apologia

Miałam na początku poważne problemy, kiedy gdzieś z Groszkiem wychodziłam. Była jeszcze malutka i trudno było przewidzieć, jak się zachowa (chociaż zazwyczaj zachowywała się grzecznie). Jeśli zapłakała lub zaczynała marudzić gdzieś w sklepie albo nawet w parku, kuliłam się jakoś i byłam nieco zawstydzona (poza tym, oczywiście, że martwiłam się i starałam uspokoić dziecko). Bo przecież "mogę komuś przeszkadzać". W końcu nikt nie lubi słuchać płaczu dziecka. Nie każdy rozumie, że dziecko bywa marudne. Nie każdy w ogóle lubi dzieci...

Ostatecznie doszło do tego, że nawet zagadując i śmiejąc się do Małej zastanawiałam się, czy komuś nie przeszkadzamy (w parku, tramwaju, sklepie, restauracji...). Ba, nawet po prostu idąc z wózkiem, rozglądałam się z niepokojem i nie czułam się do końca komfortowo. Może i Groszek akurat nie hałasuje. Ale przecież któraś z mijających mnie osób może bezskutecznie starać się o dziecko. Albo mieć na przykład, nie daj Boże, dziecko bardzo chore, z którym na spacer wyjść się nie da. Przecież nie chcę, żeby z naszego powodu było komuś przykro, nawet jeśli to ma być tylko krótka, nieprzyjemna myśl...

Tak się nie da żyć. Delikatność delikatnością, ale w końcu komuś może być przykro nawet, kiedy zobaczy po prostu mnie, bo, na przykład, mogę chodzić, widzę, mam jego wymarzone zielone oczy albo przyzwoitą sylwetkę bez specjalnych wyrzeczeń. To naturalne uczucie. Też mnie coś czasem ukłuje, jak zobaczę piękną, długonogą brunetkę z cudną fryzurą. Nie zamknę się z tego powodu w domu i nie będę tego bez przerwy analizowała, chociaż nie znoszę robić innym przykrości. Jestem delikatna i staram się myśleć o innych. Ale nie będę siedziała w domu do czasu, kiedy moje dziecko będzie całkiem dorosłe, bo jego obecność gdzieś może być dla kogoś dokuczliwa!

Jasne, że są miejsca, w które lepiej dzieci nie zabierać (tak jak i innych osób, które z jakiegoś powodu nie są w stanie zachowywać się cicho (na przykład kaszlących lub zakatarzonych) lub po prostu odpowiednio). Do teatru, kina - raczej na widowiska przeznaczone dla dzieci. Do kościoła - jak najbardziej, ale raczej też na specjalną mszę. Na wykład na uczelnię - no, niekoniecznie. I oczywiście absolutnie nie w miejsca, gdzie dziecku coś zagraża. Ale nie widzę żadnego problemu w wyjściu z maluchem do sklepu (nawet, jeśli mu się tam nie spodoba i zacznie płakać), do restauracji, do znajomych, do tramwaju, na koncert (ze słuchawkami rzecz jasna)... 

Jestem przekonana, że kursowanie tylko na trasie dom-park-przychodnia (ewentualnie dom dziadków, raz na jakiś czas) to kiepski pomysł. Kiedy dziecko ma się nauczyć, jak powinno się zachowywać wśród ludzi, jeśli go do nich nie zabierzemy, żeby "nie przeszkadzać"? Skąd ma wiedzieć, że na świecie jest mnóstwo ciekawych miejsc, które można odwiedzić, osób, które można poznać, rzeczy, które można obserwować? I to nie tylko w przeznaczonym dla niego muzeum czy sali zabaw, ale też w tramwaju czy galerii? Jasne, jest kwestia odporności. Kwestia bezpieczeństwa. Wiem, przecież jestem niezłą panikarą. Ale COŚ stać się może zawsze. Mało szansy na wypadek w domu, nawet takim najczystszym i najporządniejszym? Mało bakterii przynoszą rodzice z zakupów czy z pracy (nawet jeśli dokładnie myją ręce, zanim zbliżą się do dziecka)? Maleństwo jest znacznie mniej odporne i ciężej przechodzi infekcje - to prawda. Ale przynajmniej się nie rusza, więc nie rozwali sobie głowy, nie zniknie w tłumie i nie wyrwie się na ulicę - pewna doza ryzyka jest chyba wpisana w rodzicielstwo, chociaż to smutne i takie męczące.

Ciągle czasem myślę, że może Mała za bardzo się komuś w tramwaju przygląda albo że kogoś męczy jej płacz. Ale zaraz potem zadaje sobie pytanie: A tobie to przeszkadza, kiedy jesteś bez dziecka? Nie. Mi nie przeszkadza. Uwielbiam oglądać dzieci w świecie. Maluchy, obserwujące ludzi, nawet te, pokazujące palcem i dziwiące się okularom albo nietypowemu kolorowi włosów. Te, które zaczepiają, uśmiechają się, a potem chowają i udają, że się wstydzą. Te, które szaleją i się wygłupiają (tak, wycieczki szkolne w tramwajach też lubię!). Zawsze im odpowiadam uśmiechem. Poprawiają mi humor i dodają energii, kiedy jestem zmęczona. Rozczula mnie ich zdziwienie, towarzyskość, zainteresowanie światem. Płacz też mnie nie irytuje. W końcu przecież to dziecko nie krzyczy, po to, żeby mi uprzykrzyć życie. Nawet kiedy nie byłam jeszcze mamą, budził we mnie współczucie i czułość, nie złość. 

Nie mówię, że dziecku wszystko wolno. Myślę jednak, że siedząc w domu zasad współżycia społecznego się nie nauczy. A kiedyś w końcu będzie musiało z tego domu wyjść.

Lubię wychodzić z Groszkiem i Groszkotatą do miasta, nawet do głupiego spożywczaka. Żebyśmy mogli pobyć razem, pobyć razem nie w domu, tylko w świecie. Bo przecież rodzina, cała rodzina, nie tylko ojciec w robocie i matka w warzywniaku (a wózek z dzieckiem przed sklepem), to część świata. Przede wszystkim - dziecko, to część świata. Ma prawo w nim funkcjonować. Jak każdy. Przestrzegając pewnych zasad, rzecz jasna. Cóż, jeśli komuś to przeszkadza - trudno.

środa, 24 września 2014

10 najmilszych niespodzianek

Ostatnio było strasząco-ponuro, dzisiaj będzie radośnie i optymistycznie. Bo, jak już wspomniałam, jako matka Dziecka-Bardzo-Zbliżonego-Do-Ideału, mam naprawdę całkiem nietrudne życie i muszę publicznie to przyznać, żeby nie wyjść na niewdzięczną. Jeśli ktoś Wam mówi, że kiedy pojawi się dziecko, Wasz świat wywróci się do góry nogami - prawdopodobnie ma rację. Ale jeśli przy okazji straszy, że nie będziecie za często spać i jeść, a prysznic to w ogóle tylko wtedy, kiedy znajdziecie całą armię babć/cioć/koleżanek do pomocy - może racji nie mieć. I tego Wam życzę! Oto moich 10 najmilszych macierzyńskich niespodzianek.

1. Brak ciążowych dolegliwości
Okazuje się, że ciąże bezproblemowe istnieją. Moja taka była. Żadnych mdłości (a w genach je mam, i to jakie), zachcianki - zdecydowanie do opanowania, kłopoty z poruszaniem się - tylko na końcu, brzuch - niezbyt wielki, mimo słusznych rozmiarów Groszka. Co więcej - z kłębka nerwów, który martwi się dosłownie wszystkim, na tych 9 miesięcy stałam się niemal stoikiem, jeśli chodzi o wszystko, poza dzieckiem. Mój Mąż poznał, że coś jest nie tak, kiedy, jeszcze nie wiedząc o istnieniu Groszka, poszłam na rozmowę na studia doktoranckie i zamiast histeryzować pod drzwiami czytałam jeszcze książkę dla rozrywki, a po wyjściu stwierdziłam, że było dobrze, zrobiłam co mogłam i zobaczymy, co powie komisja ;). Żeby nie było tak różowo - wszystkimi badaniami, wynikami i problemami Malutkiej stresowałam się bardzo i robiłam się wtedy dość żałośnie bezradna, ale cóż, nie można mieć wszystkiego ;).

2. Połóg
Poza tym, że musiałam odczekać 6 godzin zamiast trzech, zanim podniosę się po porodzie z łóżka, bo miałam ciśnienie za niskie nawet jak na mnie, do sprawności fizycznej wróciłam właściwie natychmiast. Przewijałam, nosiłam, siedziałam (mimo rany po nacięciu, zszyto mnie ładnie i fachowo i zapomniałam o tym w ciągu dwóch-trzech tygodni) i jadłam z apetytem już kilka godzin po porodzie, a w tydzień po, gdyby nie pozostałości brzucha, pewnie trudno byłoby poznać, że niedawno rodziłam i że poród naprawdę dał mi w kość. Poczekałam posłusznie ze sportami 6 tygodni, ale miałam na nie ochotę znacznie wcześniej ;). Tak też może być!

3. Karmienie piersią
Byłam co do tego pełna obaw. Na pytanie, czy będę karmić, odpowiadałam zawsze: "Chciałabym, jeśli się uda..." (ripostę: "Nie, głodzić" poznałam niestety za późno). Bałam się, że będę miała kłopot z przystawianiem, że Groszek nie zechce jeść, że będzie głodna, że trzeba będzie przejść na butelkę, a z moim roztrzepaniem i skłonnością do niechlujstwa to przecież grozi zatruciem pokarmowym... Jasne, że na początku przystawiałam dziecko groteskowo niesprawnie a karmić na siedząco nauczyłam się dopiero po miesiącu. Problem z pękającymi brodawkami prawie zaprowadził nas na pogotowie, bo Małej ulało się moją krwią. Prawda jest taka, że na przez chwilę myślałam, że te trudności nigdy się nie skończą. Ale Mała od początku je z apetytem, laktacja szybko się unormowała, a ja teraz jestem tak sprawna, że mogę właściwie spacerować z Groszkiem przy piersi. Oczywiście - może być ciężko albo po prostu się nie dać. Ale może być też całkiem miło i przyjemnie.

4. Sen
Groszek ma ponad pół roku. Od czasu dwóch dób porodowych nie miałam jeszcze nieprzespanej nocy. Owszem, Mała budzi się na karmienie (czasem jeszcze po kilka razy) i, owszem, jest to męczące. Ale można się przyzwyczaić. Nawet jeśli budzi się około drugiej, w świetnym humorze, i przez godzinę rozkosznie gaworzy, nie zamierzając wcale zasypiać albo jeśli budzi się z płaczem, bo miała zły sen i trzeba ją utulić. Już nie potrzebuję dosypiania w dzień, staram się tylko tak zorganizować czas, żeby móc się w miarę szybko położyć. Co pomaga? Niezmuszanie dziecka do spania - po 20 minutach usypiania jestem zmęczona dużo bardziej niż po godzinie przysypiania przy bawiącej się w łóżeczku Małej. I dobry układ z Tatą - nasz, jako że wstaje do pracy, bierze Małą i szykuje się razem z nią, co pozwala mi chociaż trochę odespać nocne karmienia.
 
5. Czas dla siebie
Naprawdę, nie mogę narzekać. W dzień Groszek często sypia w nosidełku - mogę wtedy posprzątać, ale też poczytać, popisać, popracować albo nawet się przespać. Babcia chętnie pomaga, nie mówiąc już o Mężu, dzięki któremu mam czas i na basen, i na ciepłą kąpiel, i na poczytanie blogów, i nawet na bezsensowne lenistwo. Na spacery lub do sprzątania wyposażam się w audiobooki i mam chyba nawet więcej wolnego czasu niż wtedy, kiedy studiowałam trzy kierunki na raz ;).

6. Życie towarzyskie
Fakt, można mnie nazwać "ludziosceptyczką". Oczywiście, istnieją osoby, z którymi uwielbiam spędzać czas, ale moje potrzeby towarzyskie nie są szczególnie rozbuchane. Nie znaczy to jednak, że ich wcale nie ma i że czasami nie dokucza mi samotność. Ale okazuje się, że Groszek to stworzenie bardzo społeczne i lubi i imprezy, i gości na Lidze Mistrzów, i duże rodzinne zloty. Z niewielu rzeczy muszę rezygnować, a na ploteczki (niestety, z przyczyn geograficznych, najczęściej wirtualne) z przyjaciółkami miewam teraz nawet więcej czasu i ochoty!

7. Cierpliwość do Groszka
Jestem nerwusem i choleryczką. Łatwo się wściekam i raczej nie mam w zwyczaju tłumić emocji. Trochę się bałam, że będzie mi się zdarzało na Małej wyżywać i do końca życia sobie tego nie wybaczę. O dziwo, poza krótkimi chwilami bezradności, mam do niej całe morze cierpliwości, prawdopodobnie zaoszczędzonej przy okazji kontaktów z innymi ;). Nigdy sobie nie wyobrażałam, że będę w stanie przez godzinę wymyślać nowe zabawy, żeby urozmaicić marudzącemu dziecku podróż samochodem albo że dam radę przez kilkadziesiąt minut śpiewać tę samą kołysankę. Ciekawe, kiedy mi to minie...  

8. Macierzyńska intuicja
Fajnie jest się przed porodem wielu rzeczy dowiedzieć i nauczyć. Mam jednak wrażenie, że wszystkiego nauczyć się nie da i że każda mama przed narodzinami ma obawy, czy ze wszystkim da sobie radę, czy nie skrzywdzi, czy nie zaniedba czegoś ważnego... Coraz częściej się przekonuję, że warto ufać macierzyńskiej intuicji. Że nawet nie tyle wiem, co wyczuwam, czego Mała potrzebuje, co jej dolega, na co ma ochotę i co sprawi, że wyciszy się i uspokoi. Że dobre rady są dobre, ale to, co same czujemy - lepsze. I że czasem można po prostu zaufać sobie, a efekty będą zdumiewające.

9. Ludzie
Mój "ludziosceptycyzm" został po narodzinach Groszka wystawiony na ciężką próbę. Jeśli w czasie ciąży bywało różnie (nie będę marudzić na nieustępujących akurat mi miejsca w tramwajach lub urządzających sceny, że siedzę, bo czułam się w ciąży naprawdę nieźle i to nie był duży problem, ale w tej kwestii, jako społeczeństwo, mamy jeszcze dużo do zrobienia), to teraz, kiedy Groszek ma już te swoje śliczne oczka i milutki, choć bezzębny, uśmieszek, pozytywne impulsy płyną do nas z każdej strony. Ludzie pomagają, zagadują, uśmiechają się, podziwiają. Jeśli nawet coś komentują, to raczej przyjaźnie, z troską (chociaż za to: "czy nie jest jej zimno?" mam czasem ochotę gryźć). 
Choćby dzisiaj - byłam zmuszona nakarmić małą na samym środku galerii handlowej (nie było żadnej wolnej, ustronnej ławki ani kącika do karmienia, cóż, zażenowana nieco wyjęłam chustę, usiadłam i nakarmiłam, gdzie się dało) i otrzymałam tylko kilka przyjaznych uśmiechów. A potem, w tramwaju, pewien miły Pan, który spodobał się Groszkowi na tyle, żeby miała ochotę go pozaczepiać, uratował mnie przed poważnym protestem z powodu udaremnienia ostatecznej konsumpcji biletu.

10. GROSZEK
Zaskoczyło mnie ogromnie, jak bardzo można pokochać dziecko. Jak nadzwyczajnym i niemożliwym do opisania jest moment, kiedy je widzisz i wiesz, że jest twoje, że nosiłaś je pod sercem a teraz możesz wreszcie je przytulić "na zewnątrz". Że potem, nawet po najcięższym dniu, można się jeszcze rozczulić, bo tak słodko śpi w łóżeczku, przytulając się do ulubionego pluszaka. Że każdy uśmiech to dawka energii porównywalna z kubkiem kawy (chociaż czasem nie może jej zastąpić). Że zrobiłoby się wszystko, żeby je chronić, żeby nie przestawało się śmiać i żeby było bezustannie radosne. 

Mamy takie szczęście, że tych wszystkich 10 niespodzianek przydarzyło się nam na raz. Biorąc pod uwagę, że podobno byłam niemowlęciem jak z horroru, a jako matka muszę się jeszcze wiele nauczyć, zupełnie nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Nie jest idealnie. Pewnie nawet nie chciałabym, żeby było. Niespodzianki, które fundują nam Maleństwa, bywają jednak nie tylko naprawdę niespodziewane, ale i naprawdę fantastyczne!

poniedziałek, 15 września 2014

Bardzo osobisty wpis o nadmiernych ambicjach

Czytałam dzisiaj, dobrych ponad sześć miesięcy po porodzie, bardzo dobry wpis okołoporodowy na blogu mumandthecity. Od kiedy założyłam tego bloga, zastanawiałam się, czy w ogóle o porodzie pisać. Bo może jest to coś, co powinnam zachować dla siebie? Jeśli mam do siebie pretensje i uważam, że się nie sprawdziłam - to czym tu się chwalić? O czym tu publicznie opowiadać? Po co straszyć (przecież tak nienawidziłam, jak w ciąży mnie straszono)? Ale może ktoś ma podobne problemy. Może boryka się z presją otoczenia albo sam sobie stawia zbyt wysokie wymagania. Może komuś pomogę... A może sobie?

Rodziłam siłami natury. W szpitalu, w którym naprawdę o mnie zadbano (poza tym, że pojechałam do niego dwa razy, raz zbyt wcześnie i że nie dałam się wtedy w szpitalu zatrzymać, za co też mam do siebie pretensje, bez sensu zresztą). Urodziłam zdrowe, duże, śliczne dziecko, z którym po dwóch dniach mogłam spokojnie pójść do domu. Nadal jednak, najczęściej o czwartej rano, kiedy Mała budzi się na karmienie, męczę się z myślą, że zupełnie się na tej porodówce nie sprawdziłam, że kompromitacja i żenada. Właśnie o tym będzie. Zapowiadam szczerze. Proszę, żeby czytały tylko te osoby, które czują, że mają na to ochotę.

Od początku ciąży byłam przekonana, że poród to coś zupełnie do zniesienia. Że natura to tak urządziła. Że jestem młoda, zdrowa, silna, wysportowana, że mam "dobre biodra", że moja drobniutka Mama urodziła siłami natury dwoje dużych dzieci - że na pewno sobie poradzę. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu szkoła rodzenia. Oddychanie, masowanie, piłki, wanna - wsłuchaj się w siebie, a wszystko będzie dobrze. Nadal wierzę, że to możliwe. Że się da. Że można przeżyć poród jako coś mistycznego, niesamowitego. Mnie się to nie udało.

Przez ponad dobę miałam bóle krzyżowe, które potem "zlały się" ze skurczami. Wiem to teraz, w szpitalu nikt o tym nie mówił. Wyraźnie mówiłam, że boli strasznie, od pleców. Wszyscy kiwali głową i mówili, że to skurcze przepowiadające, że na KTG nic nie wychodzi, że tak naprawdę to jeszcze nic i że będzie gorzej. Wtedy zaczęłam być naprawdę przestraszona.
[Ważne: Bóle krzyżowe ma tylko część kobiet. Nikomu tego nie życzę i naprawdę nie musi się to zdarzyć!]

Wiedziałam, że będę rodzić długo. U nas w rodzinie wszystkie kobiety rodziły długo, w ten sposób płacimy za szyjki macicy, które, odpukać, od co najmniej kilku pokoleń nie zawodzą. Byłam na porodówce prawie dobę. Wzięli mnie od ginekologa, u którego byłam na kontrolnej wizycie i który, kiedy siadłam na fotelu, wykrzyknął: "Ale przecież pani wody odchodzą!", o 9 rano. Wody się sączyły, mieli szybko indukować poród. Nie protestowałam, chociaż nie byłam zwolenniczką tego pomysłu. Czekaliśmy potem, aż się samo rozkręci, bo dolny biegun pęcherza płodowego dobrze trzymał. Ostatecznie podali oksytocynę (skurcze nagle z 50% skoczyły do 100%, z tych trzech godzin po oksytocynie już niewiele pamiętam, poza tym, że traciłam z bólu kontakt z rzeczywistością), wszystko ruszyło, a później Mała, po 20 minutowej drugiej fazie porodu, znalazła się na świecie.

I niby wszystko ostatecznie w porządku. Za drugą fazę porodu położna nas pochwaliła, na moje nerwowe pytania o to, czy bardzo byłam niewspółpracująca i jeszcze bardziej nerwowe przeprosiny, uśmiechnęła się tylko i powiedziała, że to nic nie szkodzi. Ale kiedy przy 5 cm rozwarcia zaczęły się skurcze parte, a ja przecież jeszcze wtedy zupełnie przeć nie mogłam... Tak bardzo chciałam to wszystko przeżyć z "godnością". Pokazać wytrzymałość. Być dzielna. A zostałam bardzo mocno skonfrontowana z własnymi ograniczeniami. Ze słabością. Z bezradnością. Byłam, tak naprawdę, mimo że otoczenie mnie wspierało, a Mąż cały czas był na każde zawołanie, sama. I jedyne, co wiedziałam i co pozwalało przeżyć to to, że ten ból musi się wreszcie skończyć.

Wiem, że nie byłam doskonałą rodzącą. Miałam jakieś takie durne wizje lekarzy kiwających głowami i mówiących: "Jaka ona dzielna" (tak mnie zawsze chwalili dentyści :P) i dumnego ze mnie Męża. Miałam wizję siebie jako bohaterki, rodzącej w pełnej godności ciszy, pamiętającej o oddychaniu i wzorowo grzecznej dla wszystkich. No i żadna z tych wizji się nie sprawdziła (chociaż rzeczywiście, nie bluzgałam i nie wymyślałam Mężowi, nawet mi to do głowy nie przyszło, za bardzo mnie bolało). Muszę z tym sobie jakoś dać radę. Jeszcze nie dałam. 

Rodzina się ze mnie podśmiewa. Zawsze musiałaś być we wszystkim najlepsza, perfekcyjna i w ogóle, ale akurat na porodówce mogłaś sobie odpuścić. Ale mi nie jest do śmiechu. Trudno być matką "dziecka idealnego", jeśli się na nie nie zapracowało w żaden sposób, nawet "idealnym porodem". Po prostu - takie jest, mimo że matka miękka i nieodpowiedzialna. Zadajesz sobie pytanie: czemu? Czemu, skoro jestem taka słaba i beznadziejna, dostałam dziecko, które jest naprawdę cudowne? Cieszę się z niego ogromnie i każdego dnia dziękuję za nie jak tylko mogę, ale przecież nie zasłużyłam. I dalej chyba nie zasługuję. Dlaczego, kiedy pojawia się któryś z rzadkich kryzysów, zamiast pomyśleć o tych biednych matkach, które mają dużo gorzej i przecież się trzymają, natychmiast pękam? Może jestem po prostu na macierzyństwo za słaba?

Dochodzę ze sobą do ładu. Korespondowałam z dwiema psycholożkami, dały dużo wsparcia. Wiem, że ten problem z pozoru jest śmieszny. Też się do niego czasem, coraz częściej, ironicznie uśmiecham...

A na koniec, żeby nie było tak śmiertelnie poważnie - moja własna anegdotka z porodówki.
Groszek ma już zaraz pojawić się na świecie. Właśnie skończył się przedostatni skurcz party.
- Panie doktorze, skurcz, skurcz! - krzyczę.
- Już, następny!?
- Nie, w łydce!
I taką miałam okołoporodową opiekę, że mój Ginekolog nie tylko powitał Małą na świecie, ale także, bardzo fachowo, rozmasował mi nogę ;).

piątek, 1 sierpnia 2014

O tchórzostwie i różnych bohaterstwach

Był w moim życiu długi i ważny etap, na którym czytałam o Powstaniu Warszawskim wszystko, co mi wpadło w ręce, miałam na ścianie mapę wojennej Warszawy i torbę pomalowaną w znaki Polski Walczącej, a nawet pisałam osadzoną w tych czasach historyczną powieść (koszmarnie złą, jeśli spojrzy się na nią z perspektywy czasu). Nie wypieram się i nie wstydzę swojej, graniczącej z  egzaltacją, fascynacji. Myślę, że pozwoliło mi się to stać lepszym człowiekiem, który nie waha się podjąć ryzyka, żeby stanąć w obronie słabszego, podjęłam dzięki temu co najmniej kilka naprawdę dobrych życiowych decyzji. Ale potem, z czasem, wszystko stało się jakoś dużo bardziej skomplikowane...

Nadal podziwiam uczestników Powstania. Jednak to już nie jest nastoletni podziw, któremu towarzyszy próba wyobrażenia sobie siebie w takiej sytuacji. Teraz robię wszystko, żeby nie wyobrażać sobie siebie w takiej sytuacji, bo ogarnia mnie lęk. Paniczny lęk. Robi mi się sucho w gardle, trzęsą mi się ręce i chce mi się płakać. Podziwiam ich więc, bo zmierzyli się z sytuacją, o której nie jestem w stanie myśleć, bo miękną mi kolana. Bo w zderzeniu z nią okazali się Ludźmi, którzy gotowi są oddać życie - za Ojczyznę i za drugiego człowieka. Nie oceniam słuszności decyzji o Powstaniu. Coś "przeczuwam", wiele o tym czytałam, boję się coś twierdzić, z perspektywy tych siedemdziesięciu lat łatwo być mądrym, w każdą stronę. Nie chcę oceniać, bo wiem, że żaden ze mnie w tej kwestii autorytet, skoro wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, w razie zagrożenia wojną, uciekałabym z rodziną jak najdalej.
 
Naprawdę. Jeszcze przed porodem, kiedy na Ukrainie zaczęli ginąć ludzie, zapytałam Męża, niekoniecznie w 100% poważnie, ale z pewnością nie żartując: "Czy myślałeś o tym, gdzie, w razie czego, będziemy uciekać?". Nie "czy". "Gdzie". Mamy rodzinę za granicą i wiem, że, w tej chwili, uciekałabym bez wahania, zabierając ze sobą nie tylko Męża i Małą, Rodziców, Siostrę, ale kogo tylko się da. Kiedy tylko zaczęłoby się robić niebezpiecznie. Samą mnie trochę to wyznanie szokuje. Wśród czytających moje wpisy są pewnie tacy, którzy kompletnie się tego po mnie nie spodziewali. Ale nie będę wojowała. Mój Mąż nie będzie wojował. I moja Córka nie będzie wojowała. Nie jestem z tego dumna. Ale niespecjalnie się też tego wstydzę. Bo tu nie istnieje dobry wybór.

Zrobiłam się jako matka bardzo lękliwa. Boję się wielu rzeczy, nie zawsze racjonalnie. Zaczęłam obawiać się o własne życie i zdrowie, chociaż wcześniej bywałam mocno niefrasobliwa. Wiem, że w tej chwili to nie jest coś, czym mogę szafować - że muszę żyć, być silna i zdrowa, bo mam Dziecko, które mnie potrzebuje. Przeczuwam, że żeby chronić siebie i je, byłabym gotowa na wszystko, także na rzeczy skrajnie niemoralne. Nawet jeśli rzuciłoby mi to potem kiedyś w twarz, jako oskarżenie. Przynajmniej mogłoby to zrobić.

Nigdy, zanim sama nie zostałam matką, nie poświęciłam zbyt wiele uwagi Matkom Powstańców i Matkom dzieci, które podczas Powstania rodziły się lub stawiały pierwsze kroki. Mój Dziadek był, podczas Powstania, czteroletnim, chorym dzieckiem w piwnicy. Nigdy nie pomyślałam o bohaterstwie Prababci. Bardzo mi tego teraz wstyd. Teraz to do nich, do tych Matek kieruję cały swój przerażony podziw. Że to przeżyły (jeśli przeżyły). Że dokonywały wyborów, których za nic w świecie nigdy dokonywać bym nie chciała. Że puściły dziecko do Powstania. Że nie puściły dziecka do Powstania. Że wiele z nich musiało znieść niewyobrażalny, przerażający, niepozwalający żyć ból patrzenia na cierpienie dziecka - chorego, rannego, głodnego, przerażonego. To dobrze, że mówi się o nich coraz więcej. Bo bohaterstwo ma różne twarze - czasami twarze Dzieci, ale czasami także - twarze ich, nie zawsze walczących, Rodziców.

czwartek, 17 lipca 2014

Specjalizacja z pediatrii w dobę, czyli o rodzicielskim uczuleniu

Przy okazji dzisiejszego szczepienia (Mała znosi je doskonale, na szczęście). Postaram się lekko, ale sprawa jest poważna. Rzecz będzie o odpowiedzialności (która przytłacza), o lękach (które są irracjonalne, ale przez to wcale nie mniejsze) i o tym, że, gdy urodzi się dziecko, istnieje ryzyko, że kompletnie pomiesza ci się w głowie.

Źródło: https://www.facebook.com/BRZUCHATKI/photos/pb.224952550889040.-2207520000.1405585060./766140770103546/?type=3&theater

Wychodziłyśmy ze szpitala dwie doby po porodzie. Dziecko duże, donoszone, zdrowe, mama błagająca wszystkie możliwe siły nadprzyrodzone, żeby pozwolili wreszcie wyjść do domu (nie, żeby coś złego się działo, naprawdę nie, mama ma po prostu uczulenie na szpitale). Na koniec zbadał nas pediatra. Jestem mu ogromnie wdzięczna, że mnie wypuścił (jedyną z sali). Ale. "Dziecko ma lekką żółtaczkę. Przy takiej jeszcze nie zatrzymujemy w szpitalu. Wiem, że to jest pani pierwsze dziecko i będzie pani trudno to ocenić, ale jakby się zrobiła bardziej żółta, to proszę iść do lekarza." Cholera. Patrzę na to dziecko i diabli wiedzą - żółte, nie żółte, lekarz oglądał w świetle, w łóżeczku już żółte nie jest... Ech. Pogodziłam się z tym i wyszłam do domu. I wpadłam w panikę, kiedy tylko położyłam się we własnym łóżku. Bo nie zrobiłam w tę porodową dobę lekarskiego dyplomu ze specjalizacją z pediatrii. A w końcu teraz tylko ja codziennie patrzę na moje dziecko, to ja oceniam, czy jest żółte, sine, blade czy czerwone. Czy mu się coś odparzyło, podrapało, pobrudziło. Czy ma wysypkę czy potówki, czy skazę białkową. Czy to kichanie to infekcja, suche powietrze czy coś groźnego. Dziecko sprawy nie ułatwia (a może nie utrudnia, bo jakby zaczęło jeszcze mówić, co je boli, to chyba bym oszalała...), bo się nie komunikuje, dolegliwości nie zgłasza, a płacze, chociaż rzadko, to w momentach dość przypadkowych. I w wieku lat 24 robią mi się siwe włosy...

Kiedy co tydzień przychodziła Położna, było jeszcze znośnie. Patrzyła na Małą, mówiła, że ślicznie rośnie, że zdrowa, na kłopoty ze skórką podawała sposoby, które działały prawie natychmiast. Ale potem - cóż, szczepienia są jednak nie tak często. Pomiędzy natomiast - zdarzają się różne rzeczy. A to kaszelek, bo ślina wpada (mama diagnozuje zapalenie oskrzeli i wpada w popłoch). A to katar, bo coś pyli i przeszkadza (mama czeka na wysoką gorączkę i szpital). A to nie taka kupka. A to jakaś plamka. A to za długo śpi. A to za mało... Wchodzi mama do internetu (co wreszcie kiedyś przestanie robić, bo ją to psychicznie wykańcza) i czyta - jak cię coś niepokoi, to idź do lekarza. To jest rozsądne wyjście, ale dla rozsądnych ludzi. Gdybym miała iść do lekarza ze wszystkim, co mnie niepokoi, to moglibyśmy równie dobrze zamieszkać w przychodni. Nie mówiąc o tym, że u lekarza to dopiero można coś złapać... Obejrzy mama telewizję i usłyszy, że zbierają pieniądze na chore dziecko. Najpierw się rozczuli i, czasem, coś wyśle, pomyśli przy tym, że świat jest niesprawiedliwy i brzydki. Ale potem w kółko sprawdza, czy jej dziecko nie jest chore tak samo, choćby to kompletnie nie miało sensu. Wszędzie mówią, żeby rodziców uczulać na niektóre objawy chorób, które trzeba szybko rozpoznać. Ale ja jestem uczulona na wszystko prawie do poziomu wstrząsu anafilaktycznego i już mam trochę dosyć...

Mam wrażenie, że jestem niewdzięczna. Moje dziecko jest Zdrowe (tak, nawet przez duże "Z"). Z podziwem mówią to nawet Babcie, które wychowały po dwójce i, jako Babcie, mogłyby przecież też panikować. A ja, zamiast się cieszyć, że taka zdrowa, bo znamy dzieci w wieku Groszka, które miały już zapalenie płuc albo układu moczowego, problemy po szczepieniach, nie mówiąc już o wszechobecnych alergiach, histeryzuję. Fakt. Histeryzuję. Patrzę w lustro i mówię do siebie (wulgaryzmy pominę): "Opanuj się, durna babo, bo wszystkich zadręczysz". Do porządku przywołuje mnie Groszek, który głośno i wyraźnie protestuje, kiedy po raz setny jednego dnia zaglądam mu do oczka. Pewnie, że to z miłości. Ale to jest jakaś chyba patologiczna miłość, z całym mnóstwem towarzyszącego lęku.

Mama mówiła mi, że to nie mija. Że potem dziecko zaczyna chodzić (i może się przewrócić, rozwalić głowę, złamać kończynę, wpaść pod samochód). Potem idzie do przedszkola (a tam bakterie jak krowy, wirusy jeszcze większe, zanim wejdzie, już jest chore). Potem zaczyna wyjeżdżać na kolonie (o rany, jak myślę o tym, co robiliśmy na koloniach, to chyba zwariuję, ale przecież nie zatrzymam na siłę w domu...) i mieć niebezpieczne zainteresowania, typu na przykład każdy sport, który nie jest szachami. Osiwieję całkiem za jakichś kilka lat, jestem tego pewna. Cieszę się, że w ciąży nie wiedziałam o połowie rzeczy, które mogły pójść nie tak, bo byłabym siwa już teraz. Byłam pewna, że nie będę przewrażliwioną matką. Jako dziecko wypracowałam sobie mechanizm obronny i byłam przekonana, że jeśli moja Mama boi się, że mi się coś stanie, to na pewno akurat to się nie stanie (sprawdzało się, hehe). A teraz - hmmm... Dalej myślę, że, tak jak moja Mama, będę walczyła ze swoim lękiem i zrobię wszystko, żeby nie blokować przez niego aktywności dziecka i jego potrzeby odkrywania świata. Ale niebycie przewrażliwioną robi się, z dnia na dzień i z wiadomości na wiadomości, coraz trudniejsze (ten świat jest naprawdę kompletnie źle urządzony...). I ciągle sobie zadaję pytanie - czy to zaczątki paranoi i czas samej wybrać się do lekarza, czy to po prostu macierzyństwo?

wtorek, 15 lipca 2014

Na gorsze momenty - poprawiacze humorku młodszego niemowlęcia (poza podaniem piersi ;))

Najlepsze, wypróbowane i działające rady dają inni rodzice. Zdecydowanie przebijają w tej dziedzinie mądre poradniki. Jako że ktoś nam kiedyś podszepnął co najmniej parę dobrych, sprawdzających się (przynajmniej u nas) sposobów na poprawę dziecięcego humorku, czuję się w obowiązku przekazać je dalej poszukującym Mamom - może coś się przyda?

Suszarka
Sposób podpowiedziany przez znajomych, sprawdził się doskonale przy kłopotach z brzuszkiem Groszka w pierwszych tygodniach jej życia. Mała nie miała kolek, ale podobno na nie też pomaga. Ciepły strumień łagodzi brzuszkowe dolegliwości, a głośny szum, chociaż to może dziwne, usypiał Malutką niemal od razu. Przez jakiś czas używaliśmy suszarki do usypiania nawet bez bólu brzuszka. Trzeba tylko pilnować, żeby powietrze nie było zbyt gorące i nie parzyło skóry (sprawdzałam to, trzymając rękę na brzuszku Małej - kiedy było mi za gorąco, szybko odsuwałam suszarkę). 

Szumienie do uszka
Kiedy spróbowałam to zrobić po raz pierwszy, rezultat mnie zadziwił. Młoda zasnęła w ciągu kilkudziesięciu sekund. Do tej pory usypiam ją, jednostajnie mrucząc do uszka albo miarowo szumiąc. To doskonale ją wycisza i uspokaja, czasem zaczyna nawet mruczeć sama.

Odwracanie uwagi
Groszek miał długo bardzo poważny problem - biedna, kiedy się nudziła albo złościła, zapominała, że można otworzyć oczy i pooglądać świat, zaczynała więc płakać, zaciskając powieki jeszcze mocniej . Przydatne było więc wszystko co pozwalało nakłonić ją do otworzenia oczek. Sprawdzały się przede wszystkim najbardziej hałaśliwe grzechotki i zabawki z melodyjką. Ewentualnie różne śmieszne dźwięki, wydawane przez mamę. Ostatnio ulubione są wszystkie onomatopeje z długim "r". Niestety... czasem jeden hałas trzeba zastąpić drugim.

Tańce
Odkryłam to przez zupełny przypadek i nie mogę przestać. Okazuje się, że kiwając się, machając rękami i kręcąc biodrami w rytmie tanecznej muzyki jestem w stanie sprzątnąć właściwie całe mieszkanie, od kiedy tylko Malutka leży w leżaczku i może za mną wodzić wzrokiem. Groszek jest zafascynowany, a przy bardziej skomplikowanych krokach wybucha głośnym śmiechem. Polecam - to doskonały poprawiacz nastroju również dla mam :).

Pielucha tetrowa
Od jakiegoś czasu Malutką fascynują tkaniny. Staram się utrudniać jej przykrywanie sobie głowy kołdrą i pakowanie do buzi brudnych śpiochów, ale tym, jak długo potrafi bawić się zwykłą tetrową pieluchą, jestem zupełnie zachwycona. Pielucha służy jako przytulanka, zabawka i doskonały gryzak (Mała nie uznaje smoczków). Wygląda też na to, że całkiem dobrze rozwija także zdolności manualne i koordynację - przy zabawie intensywnie pracują obie rączki, obie nóżki i... usta.

Czułości
U nas - recepta uniwersalna na wszystko. Groszek to ogromnie tulaśne stworzonko. Skalę problemu właściwie da się mierzyć według tego, po ilu minutach przytulania Malutka się uśmiechnie (np. szczepienie to 10 minut przytulanek i czułego szeptania do ucha). Nie wyobrażam sobie reglamentowania tej przyjemności, nawet jeśli bywam przez to kompletnie uziemiona. Chyba sama się od tego uzależniłam...

wtorek, 8 lipca 2014

O wymaganiach. Trochę jakby feministycznie

Długo pisałam ten tekst. Bardzo długo. Próbując opanować fale mało konstruktywnej i czasem niesprawiedliwej złości. "Wojujący" feminizm ogólnie nieco mnie śmieszy i nieco przeraża. Ale, po dziewięciu miesiącach w ciąży, stałam się feministką przynajmniej w jednej kwestii. Jestem przekonana, że od kobiet ogromnie wiele się wymaga, a równocześnie - w niewielkim stopniu im pomaga. I naprawdę - należy coś z tym zrobić.

1. Kobieta MA być matką. Jeśli nie jest - jest egoistką, hedonistką, opętaną żądzą kariery i wybierającą najłatwiejsze rozwiązania.
O tym, jak ogromnie indywidualną sprawą jest chęć/niechęć/niemożność urodzenia i wychowania dziecka, trochę pisałam już wcześniej tu. "Przymus" macierzyństwa to tak oczywista bzdura, że aż mi się nie chce komentować, chociaż powielana notorycznie (tak, czytuję czasem, dla wzmocnienia działania kawy, ultraprawicowe portale internetowe). 

2. Kobieta w ciąży MUSI na siebie uważać. Nie może pić, palić, niezdrowo się odżywiać, uprawiać sportów, brać leków, denerwować się... Powinna brać witaminy już trzy miesiące przed ciążą, dużo spać, dbać o siebie i zachowywać się odpowiedzialnie, bo przecież jest już matką...
To wszystko prawda. Biologia tak to urządziła, że przez okres ciąży mamy ogromny wpływ na  to, jak dziecko się rozwija. Wpływ ten, rzeczywiście, mają przede wszystkim matki. Większość z nich gotowa jest na niezliczoną ilość wyrzeczeń, żeby zapewnić dziecku jak najlepsze warunki. Czyta, dowiaduje się, dzwoni po lekarzach i nieustannie wsłuchuje się w swój brzuch. Jakby tego było mało - otoczenie bezustannie chce jeszcze czegoś więcej.
Doskonale wymaga się różnych rzeczy od innych . Wygodnie jest wytknąć kogoś palcem, powiedzieć, że jest nieodpowiedzialny i że samemu postąpiłoby się znacznie lepiej, mądrzej, miałoby się więcej siły woli i motywacji. Ale spróbuj nagle, z dnia na dzień odstawić wszystkie używki i przeorganizować styl życia (nawet, jeśli na co dzień żyjesz arcyzdrowo - ciąża może wszystko zmienić. A żyjących arcyzdrowo nie jest wcale tak wielu). Nie usprawiedliwiam upijania się i palenia w ciąży. Nie potępiam jednak żadnej matki, której zdarzyło się "załamanie"...
Od siebie jednak wymagać jest trudniej. Zawsze mnie bawi, jakie to mamy społeczeństwo "za życiem". Najłatwiej jest krytykować. Mnóstwo ludzi gardłuje, jakie to straszne, że kobiety w ciąży palą papierosy. Nie spotkałam natomiast zbyt wielu dbających, żeby samemu nie dmuchać ciężarnym kobietom dymem w twarz, na przykład na przystanku. Ile osób się oburza, jak to nieodpowiedzialne matki narażają swoje zdrowie, robiąc coś, co tym osobom wydaje się niebezpieczne. Bardzo niewiele z nich natomiast dba o bezpieczeństwo kobiet i dzieci, choćby podnosząc tyłek z siedzenia w tramwaju (najczęściej - robią to, o dziwo, panie w wieku +50, od których tę "grzeczność" dosyć trudno przyjąć).
Nie mówię, że matki mają nie uważać, nie dbać, nie starać się. Ale społeczeństwo, także ta jego część, której macierzyństwo "nie grozi", jeśli chce wymagać, powinno, choć w mniejszym zakresie, starać się równie mocno.

3. Ciąża to nie choroba. Zachowuj się normalnie. Kobiety w ciąży oczekują przywilejów i UDAJĄ, żeby traktować je jak święte krowy.
Może i się tak zdarza, nie wiem. Większość kobiet jednak, jeśli czuje się źle, to naprawdę czuje się źle. Ja na przykład spałam właściwie cały czas przez pierwsze trzy miesiące. Mogłam sobie na to pozwolić, bo miałam wakacje, ale rzeczywiście, wyglądało to trochę, jakbym uciekała od obowiązków. Tylko że nie miałam nawet odwagi za nic się zabrać, bo każdy chyba wie, jak wyglądają rzeczy, robione przez osoby, których mózg rozpaczliwie potrzebuje snu. Niektóre kobiety wymiotują w ciąży kilkanaście razy dziennie. To nie jest (przynajmniej - nie zawsze) sygnał tego, że ciąża jest zagrożona i trzeba się położyć do łóżka. To taka wstrętna fizjologia. Której nie da się sobie "wmówić", zresztą wątpię, żeby ktoś próbował. 
Czasami naprawdę chciałabym, żeby mężczyźni mogli zachodzić w ciążę. Nie z jakiejś "mściwości". Po prostu trudno opisać i, dzięki temu, pozwolić zrozumieć to uczucie wzrastającego zmęczenia, ciągłego napięcia, wsłuchiwania się w swój organizm i przeżywania zachodzących w nim, nie zawsze korzystnych i przyjemnych, zmian...
Naprawdę dobrze zniosłam ciążę. Brak mdłości, sprawność do 9 miesiąca, ograniczone zachcianki, żadnych dolegliwości zdrowotnych. Mogłam w 9 miesiącu jeszcze kończyć zdawać egzaminy. Ale nie śmiałabym powiedzieć kobiecie, nawet takiej, która postanowi położyć się na 9 miesięcy do łóżka bez wskazań medycznych, że nie może tego zrobić, bo ciąża to nie choroba...
Matki są roszczeniowe? Wybaczcie porównanie, ale, jako osoba pełnosprawna, nie śmiałabym powiedzieć, że ktoś, kto porusza się na wózku jest roszczeniowy. Nigdy. Nawet, gdyby mi się tak zdawało. Bo po prostu NIE WIEM, czego potrzebuje.

4. MUSISZ karmić piersią. Jeśli natomiast karmisz piersią, to nie możesz...
Powtarza się sprawa z ciążą. Nie karmisz piersią - fatalnie. Jesteś egoistką, która nie dba o zdrowie dziecka. Karmisz - no, to chyba jasne, że musisz uważać na to, co jesz. Najlepiej zakatuj swój wykończony organizm dietą składającą się z gotowanego kurczaka i trzech marchewek, które odstawisz, kiedy tylko dziecku wyskoczy jakaś krostka. 
Mamy znajomą mamę, która karmi już drugą Córeczkę i musi bardzo dbać o dietę, z powodu alergii. Dzielnie prowadzi bloga z przepisami dla mam karmiących małych alergików. Podziwiam i ogroooomnie szanuję takie mamy. Co mają robić? Poświęcają się, bo to najlepsze dla ich dzieci. Same z siebie. I nie narzekają. Ale to jest dowód siły charakteru i determinacji a czasem - po prostu bohaterstwo. Nie norma, którą automatycznie spełniają wszystkie kobiety w każdej życiowej sytuacji.
To, o czym piszę, to nie zachęta do folgowania sobie kosztem dziecka, nie próba przyznania kobietom w ciąży i mamom nieograniczonego prawa do wszystkiego. To tylko prośba do tych, którzy nie wiedzą i wyraźnie nie wyobrażają sobie, jak to jest, żeby trochę ograniczyli swoją potrzebę wydawania wyroków...

5. Po porodzie: wróć do formy w 2 tygodnie, zajmuj się dzieckiem, wróć do pracy/nie wracaj do pracy, wyglądaj kwitnąco, BĄDŹ SZCZĘŚLIWA, jak to nie jesteś?!
Do skończenia tego tekstu skłoniło mnie przeczytanie tego wyznania kobiety cierpiącej z powodu depresji poporodowej. Próbuję sobie wyobrazić co czuła i, kiedy próbuję, robi mi się zimno. Płakałam czasem razem z dzieckiem, bo nie miałam już siły go uspokajać. Miewałam, najczęściej karmiąc nad ranem, myśli, że chciałabym, żeby dało się anulować ostatni rok naszego życia i wrócić do beztroskiego "we dwoje". Było to wstrętne uczucie, miałam w związku z nim ogromne poczucie winy, ale przechodziło. Bo Mała się uśmiechnęła. Bo się przytuliła. Bo tak ślicznie śpi. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby te ważne drobiazgi nie pomagały. A w depresji - nie pomagają. 
A cierpiące matki w wstydzą się o tym mówić, prosić o pomoc. Bo "ideał Matki Polki". Znów wybaczcie analogię, ale jakoś nietrudno zrozumieć piłkarza, który nie strzelił karnego, bo nie wytrzymał presji. Współczuje się mu i kiwa ze zrozumieniem głową. Wiem, karny to nie dziecko. Ale waga sprawy powoduje, że presja jest jeszcze większa. Jasne, że są tacy, którzy walną ten decydujący strzał tak, że bramkarz się nawet nie zdąży obejrzeć. Ale nawet mistrzowie światowej klasy czasem sobie z presją nie radzą. Sportowców się rozumie. Matki - jakoś z trudem...  

Budowanie presji to okrucieństwo. Naprawdę. Buduje ją kultura, społeczeństwo, budujemy ją my same, bo się naczytamy, nasłuchamy, dajemy sobie wmówić. A potem się męczymy, bo boimy się, nie chcemy przyznać, że sobie z wymaganiami nie radzimy albo że nas od nich po prostu trafia szlag. 

[Chętnie (chociaż to chyba nienajlepsze słowo) przeczytałabym podobny tekst napisany męską ręką. O społecznych oczekiwaniach i konstrukcjach, które szkodzą mężczyznom, podcinają im skrzydła i prowadzą do rozpaczy. Bo wiem, że takie istnieją, ale, jako kobieta, tylko przypuszczam, na czym polegają. Chciałabym wiedzieć, jak ich nie krzywdzić, skoro nie chcę, żeby krzywdzono mnie.]

środa, 2 lipca 2014

Jak nie denerwować (przyszłej) mamy - poradnik praktyczny

Masz w otoczeniu (przyszłą) mamę? Jesteś lekko skrępowana/skrępowany, bo nie wiesz, czy nie palniesz czegoś głupiego, a przecież nie chcesz jej zaszkodzić, masz same dobre chęci, a najchętniej byś pomogła/pomógł? Przestrzegaj poniższych wskazówek i prawdopodobnie uda Ci się uniknąć chociaż kilku poważnych błędów.

1. Straszne historie zostaw na zieloną noc. Naprawdę. Też współczuję leżącym matkom w ciąży, nie wyobrażam sobie bólu rodziców, którzy stracili dziecko lub opiekują się dzieckiem bardzo chorym, też bulwersują mnie nieodpowiedzialni lekarze. Trudno tych historii nie słyszeć. Dlatego - nie powtarzaj ich (przyszłej) mamie. Na pewno je słyszała i zarwała którąś noc z ich powodu. Przekazuj jej pozytywną energię i przekonanie, że będzie dobrze. Bo, mimo że z mediów to wcale nie wynika, w większości przypadków - jest właśnie dobrze.

Kiedy to dozwolone? Kiedy (przyszła) mama zadaje pytania. Kiedy możesz ją dzięki temu przed czymś uchronić (np. przed wyborem kiepskiego szpitala). Kiedy musisz podzielić się własnym dramatem. W każdym z tych przypadków wskazana jest jednak ogroooomna delikatność. Nawet nie wiesz, jak bardzo te historie nawiedzają potem (przyszłe) matki w snach.

2. Uprzejme zdziwienie zwykle wcale nie jest uprzejme. Jeszcze nie śpi? Naprawdę? Znowu ją karmisz? Tak często je? Naprawdę, większość matek zdaje sobie sprawę z tego, że to dość dziwne, że niemowlę nie śpi o 23. Niestety - właśnie owo niemowlę nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę. Większość matek nie jest też zachwycona koniecznością podawania dziecku piersi co pół godziny, ale i takie sytuacje się zdarzają. Zamiast zadawać pytania i uprzejmie się dziwić - postaraj się pomóc. 
Jedyne dozwolone zdziwienie: Nie myślałem/łam, że można aż tak doskonale radzić sobie z dzieckiem! ;)

Kiedy to dozwolone? Kiedy zauważasz coś bardzo niepokojącego, a istnieje uzasadniona obawa, że (przyszła) matka tego nie zauważa. Kiedy żartujesz i (przyszła) matka to wie.

3. Dobre rady są dobre (ale pouczanie nie). Powinnaś więcej odpoczywać, przecież jesteś w ciąży. Nie powinnaś wychodzić, na ulicach jest ślisko, możesz się przewrócić. Dziecka nie można przyzwyczajać do noszenia na rękach. Powinniście je nauczyć spać w łóżeczku. Nie możesz tak często go karmić. Nie może patrzeć w telewizor. Nie dawaj smoczka. Dawaj smoczek... To jest oczywiście racja. Tylko że nie zawsze się da. Dzieci są różne. A poucza się najlepiej z bezpiecznego dystansu. Moje dziecko na przykład nie wymaga prawie niczego, umie się sobą zająć nawet przez godzinę, w wieku 4 miesięcy. Ale zasypia przytulone. Postanowiłam mu na to pozwolić. I już. Nie zrozumcie mnie źle. Każda informacja się przydaje, jeśli ktoś debiutuje w roli matki i zdarza mu się wpadać w lekki popłoch. Jednak najbardziej przydatne są rady połączone z prezentacją (dostałam sporo takich, dziękuję!): Popatrz, ja zrobiłabym/zrobiłbym to tak. To doskonale weryfikuje funkcjonalność.

Kiedy to dozwolone? Kiedy (przyszła) matka prosi o radę/opinię. Kiedy jesteś z nią bardzo blisko, chcesz wymienić doświadczenia i nie obrazisz się, jeśli odpowie ci, że zrobi zupełnie inaczej (i akurat nie ma baby bluesa, bo wtedy każdą uwagę może potraktować jako potwierdzenie swojej macierzyńskiej nieudolności). Jeśli jesteś w stanie udowodnić na TYM, KONKRETNYM dziecku, że twoja rada działa. 

4. Nie zadawaj (niektórych) pytań. 
Na przykład:
Planowane? A co ta informacja wnosi? Jeśli będę chciała się nią podzielić, zrobię to sama. 
Czy to normalne, że... Nie. Niepokojące objawy ignoruję, lekarzy omijam szerokim łukiem i wcale nie wpadam w histerię, ilekroć coś choćby trochę odbiega od normy. Potrzebuję się jeszcze czymś pomartwić.
Czemu ono tak płacze? Gdybym wiedziała, to bym mu pomogła, słowo. Zresztą właśnie staram się to zrobić, więc nie mam czasu odpowiadać na pytania.
Dużo przytyłaś? Bez komentarza.

Kiedy to dozwolone? W przypadku pytania drugiego - jeśli zauważasz, że coś jest nie tak i masz pewność, że (przyszła) matka tego nie wie/nie przedyskutowała już trzy razy z lekarzem/nie zarywa przez to czwartej nocy. W przypadku pierwszego - jeśli panuje akurat nastrój do zwierzeń, a z (przyszłą) matką jesteś bardzo blisko albo w żartach, kiedy wiesz, że (przyszli) rodzice (i dziecko) się nie obrażą. W przypadku dwóch ostatnich - NIGDY ;).



poniedziałek, 30 czerwca 2014

Czego Mamie nie wypada?

Kiedy wyszłam z Groszkiem ze szpitala, miałam przeświadczenie, że "teraz wszystko musi się zmienić" (chociaż wcześniej broniłam się przed nim jak mogłam). Cóż, przeszłam tę paskudną inicjację do grona matek, teraz przynależę właściwie do sfery sacrum, jako dawczyni nowego życia itd. To miłe, ale dosyć krępujące. Ubzdurałam sobie, że teraz należy stanąć na wysokości zadania, wydorośleć, stać się odpowiedzialną, uprasować wszystkie ubranka, wygotować otrzymane pluszaki i nie sięgać po żadne książki poza tymi, które tłumaczą, jak przystawiać dziecko do piersi albo jak wprowadzać kolejne produkty do dziecięcej diety (co z tego, że to za sześć miesięcy i jeszcze zdążę to sprawdzić ze trzydzieści razy, Prawdziwa Matka zna te rzeczy na pamięć). Szkoda, że nie mówi się tym młodym, zdezorientowanym mamom, że poza tym, że są mamami, są przede wszystkim - sobą. I że tak naprawdę - matce wypada to, co wszystkim.

Po pierwsze: Możesz ubierać się jak dawniej. Jak do tego doszłam - nie wiem. Ale ubzdurałam sobie, że muszę "wyglądać na matkę". Czyli elegancko i skromnie, bez ekstrawagancji i przesadnej młodzieżowości. Że kolorowy makijaż już jest nie na miejscu, tak samo jak trampki i koszula w kratę. Życie szybko zweryfikowało mój pomysł. Elegancja i macierzyństwo to jednak dość trudny związek, jeśli się na to do tej pory nie zwracało specjalnie uwagi. W dodatku - na szczęście nie musiałam i niestety - nie miałam czasu wymienić garderoby. Wyglądam więc na młodą, niewzorową matkę i trudno, jakoś muszę to przeżyć. W nagrodę za poród ciągle mam kupić sobie wymarzone zielone martensy. A jeśli nie wyobrażasz sobie niezrobionych paznokci i spaceru bez obcasów - też nic nie stoi na przeszkodzie. Dbałaś o to wcześniej - zadbasz i teraz, jeśli tylko chcesz. Mamie wypada wyglądać elegancko, młodzieżowo czy nawet ekstrawagancko. Jak każdemu.

Po drugie: Możesz słuchać, czego chcesz. Nie bijcie, ale nie słuchałam w ciąży Mozarta. Nie słucham Mozarta. Nie znam się na muzyce klasycznej, nie rozumiem jej. Może to źle o mnie świadczy - jakoś to zniosę. Nie zamierzam się zmuszać. Podoba mi się "Requiem". Jakoś nie dla dzieci. Przychodziło mi do głowy, że Mała będzie przez to mniej zdolna, że jestem egoistką i że może jednak ten Mozart albo chociaż Vivaldi... Ale parę dni po powrocie ze szpitala do domu zdecydowałam się na playlistę sprzed ciąży. Trochę metalowych i rockowych ballad, sentymenty z młodości. Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały dzień, taka to była dawka energii. Ogranicz to, czego dziecko się boi (mocne basy albo perkusja mogą Maleństwo wystraszyć), jak będzie starsze - przemyśl piosenki ze "śmielszym" tekstem (i po prostu słuchaj ich w słuchawkach). A poza tym - rób sobie przyjemności. Dziecku się spodoba.

Po trzecie: Bałagan to nie tragedia. Jasne - nie można dopuścić do tego, żeby z szafek wzbijały się tumany kurzu, a w zlewie rozwijała się cywilizacja, która niedługo założy związki zawodowe. Jeśli to wcześniej lubiłaś - no, niestety. Ale nic się nie stanie, jeśli nie umyjesz codziennie  podłogi. Nawet, jeśli postanowisz nie pościelić łóżka albo poczekać z wstawieniem prania. Część naukowców już od dawna trąbi, żeby z "dezynfekcją" nie przesadzać. Że dziecka przed wszystkim nie uchronisz i że te wszystkie alergie, to z przesadnej czystości. I pamiętaj - zwykle to nie tylko Ty tam mieszkasz i nie tylko Ty bałaganisz. Więc, to chyba jasne, nie tylko Ty sprzątasz.

Po czwarte: Możesz zapewnić sobie rozrywkę. Na finał Ligi Mistrzów wpadł do nas kumpel, siedzieliśmy do 2 w nocy, graliśmy w Fifę, jak za starych dobrych czasów. Mała doskonale wpisała się w program wieczoru, obejrzała mecz, poszła spać podczas dogrywki ;). Obejrzałam 4 sezon "Gry o Tron", śledzę Mistrzostwa Świata. Czytam książki. Nie te o macierzyństwie - do nich sięgam tylko wtedy, kiedy chcę się czegoś konkretnego dowiedzieć. Odkrywam, że lubię gotować i kombinować w kuchni (nie robiłabym tego, gdyby mnie to nie bawiło, naprawdę). Z przyjemnością grałam z Siostrą w piłkę. Nie umartwiam się i nie jestem z tego powodu gorszą matką. Przynajmniej będę miała potem o czym z córką pogadać :). 

Po piąte: Każdy miewa gorszy dzień. Nie musisz być silna, uśmiechnięta, piękna i zaradna przez 24 godziny na dobę. Masz nowe obowiązki, nową rolę do spełnienia, a tych starych jakoś nie ubywa. Nie musi Ci się chcieć ćwiczyć, żeby po miesiącu z powrotem wyglądać jak przed ciążą. Możesz czasem woleć obejrzeć serial, niż trzecią godzinę rozkosznie bawić się z Maleństwem. Może Ci się nawet nie chcieć wstawać z łóżka. Wraz z dzieckiem nie podarowano Ci dwóch dodatkowych kończyn ani najnowszego modelu mózgu, typ 24/7. A jeśli sobie mocno nie radzisz - jako mamie i jako człowiekowi jak najbardziej wypada Ci także poprosić o pomoc.

Chcę być "ciekawą" mamą. Wiem, że kulturowo bycie "ciekawym" należy do taty. Nie zabiorę mu tej radości, ale chętnie stworzę konkurencję. Miałam dwoje "ciekawych" Rodziców. A "ciekawa" mama to dla mnie taka, która robi to, co lubi i umie to pokazać. Jeśli kochasz Mozarta, z radością sprzątasz dom do połysku i uwielbiasz poradniki dla mam - bosko. To też może być ciekawe.

Umartwiać się - tego właśnie nie wypada. W dodatku - szkoda życia!

sobota, 28 czerwca 2014

A sam sobie jedz w kiblu! Trochę o publicznym karmieniu piersią

To naprawdę nie jest takie łatwe. Przynajmniej nie musi być. Nie byłam wcale zachwycona tym, że, jak to gdzieś ostatnio przeczytałam, moja "prywatność" zakończyła się na porodówce, gdzie w ciągu doby między nogi zaglądało mi chyba z 10 osób. To nie jest tak, że mam nieodpartą ochotę publicznie się rozebrać i zaprezentować wszystkim swój biust. Słowo honoru. Wyjdę na zarozumiałą, ale uważam, że to widok tylko dla wybranych (a właściwie - Wybranego). Wolę karmić w domu, gdzie nie muszę się zasłaniać i pamiętać, że koniecznie muszę, jedną ręką trzymając dziecko, natychmiast zapiąć koszulę pod szyję. Ale czasem trzeba. Trzeba i już.

Niedawno skończył się Tydzień Karmienia Piersią. Podobno w wielu miastach mamy wychodziły, by wspólnie publicznie pokarmić. Szkoda, że dowiedziałam się o tym po fakcie, bo mimo, że mam dystans do wszelkich sztandarów, to pod takim chętnie bym stanęła.

Nie stosuję zazwyczaj retoryki tego typu, ale kto ma dzieci, ten wie, jak brzmi płacz niemowlęcia, które chce jeść. Powiedziałabym, że odruch nakazujący natychmiastowe zaspokojenie jego potrzeby w takim momencie to atawizm. Gdybym w ten sposób mogła pomóc, nie tylko wyciągnęłabym pierś ze stanika, ale rozebrałabym się do naga i wsiadła tak do tramwaju albo przebiegła się po mieście. W ogóle nie bacząc na to, że mam trochę fioła na punkcie własnej prywatności. Być może są dzieci, które odczuwają coś takiego, jak "lekki głód", "średni głód" i "wielki głód", i płaczą tylko przy tym ostatnim, kiedy mama, ostrzeżona, już dawno zdąży wrócić do domu. Moje tak nie ma. Potrzebuje jedzenia JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST i POTWORNIE. I mimo że zazwyczaj je co 2-3 godziny, czasem ma ochotę zrobić to częściej. Choćby dlatego, że jest upał i chce jej się pić. Być może są mamy, które umieją wytłumaczyć kilkumiesięcznemu dziecku, że dostanie jedzenie za 15 minut, kiedy tylko znajdzie się w domu. Ja nie umiem (z przyjemnością bym się natomiast nauczyła, jeśli ktoś ma sprawdzony patent). Więc karmię. Na ławce w parku, w przychodni, na osiedlu, w autobusie czy w sklepie też bym nakarmiła. Trudno.

Argumenty przeciwko "obrzydzeniu" i "oburzeniu" są niezliczone. Większość z nich, przynajmniej dla mnie, jest zupełnie logiczna. Trudno traktować poważnie ludzi (przeważnie, o dziwo, mężczyzn), których oburza publiczne karmienie, równocześnie z apetytem przyglądających się roznegliżowanym modelkom w reklamach bielizny, którym nie przeszkadza, że rozebrane panie reklamują również produkty spożywcze albo materiały budowlane (nawiasem mówiąc - zwykle nie mam nic przeciwko takim reklamom). Karmienie dziecka to czynność sto razy bardziej naturalna, niż pozowanie w bieliźnie (znowu - nie mam nic przeciwko temu drugiemu). Zresztą - żeby w ogóle zobaczyć pierś kobiety podczas karmienia, naprawdę trzeba się nagimnastykować i naprzyglądać, w przeciwieństwie do sytuacji, w której dumna ze swoich wdzięków pani chce je podkreślić dużym dekoltem.
Wysyłanie karmiących do toalet jest śmieszne. Jedyna możliwa riposta - sam sobie weź kanapkę i idź, zjedz w publicznym kiblu. Smacznego. Moje dziecko w takich warunkach nie będzie nawet przebywało, nie mówiąc już o jedzeniu. Poza argumentem natury estetycznej wchodzi tu w grę argument natury czysto zdrowotnej i nawet nie zamierzam o tym dyskutować. 
Jasne, że optymalnie by było tworzyć w sklepach czy restauracjach ustronne, czyste pokoiki do karmienia. Dzieci by się nie rozpraszały, matki nie musiały krępować i gimnastykować (trzymaj coś na jednej ręce, a drugą zapnij stanik i koszulę, tak, żeby nie odkrywać ciała - powodzenia). Tylko że to ideał, do którego będziemy dość długo dążyć, jeśli damy się przekonać, że to tylko problem "roszczeniowych matek".
Źródło: http://www.edziecko.pl/rodzice/1,79353,16054590,Nie_karm_dziecka_w_WC__mocna_kampania_na_rzecz_publicznego.html

Naprawdę rozumiem ludzi zakłopotanych czy niewiedzących jak się przy karmiącej zachować. Różne kobiety różnie do sprawy podchodzą, niektóre, słowo, wahają się i też trochę wstydzą. Sama miewam opory. Byłam (bardzo mile, ale jednak) ogromnie zaskoczona, kiedy Promotorka, podczas rozmowy, na którą przyszłam z Małą, powiedziała: "Pokarm ją, to się czymś zajmie, a my sobie porozmawiamy". W domu, przy gościach, nie wychodzę do drugiego pokoju, ale staram się zachowywać dyskretnie. Mężczyźni, szczególnie ci bardzo młodzi, z rodziny nie zawsze wiedzieli, czy mogą patrzeć na Malutką, kiedy je, czy mnie to nie krępuje, a jej nie rozprasza. Starałam się, żeby oni nie musieli czuć się skrępowani. Nie jestem ekshibicjonistką, a karmienie jakoś szczególnie mnie nie bawi (chociaż znam kobiety, które to uwielbiają). Ale jeśli w grę wchodzi dobro mojego Dziecka, to przepraszam, ale cudzymi problemami ze sobą przejmować się nie będę!

Czytałam kiedyś anegdotkę, w której zirytowana matka, na komentarz pewnego pana, że publiczne karmienie piersią jest obrzydliwe, odpowiedziała, żeby założył sobie papierową torbę na głowę, bo to, co ona widzi, dopiero jest obrzydliwe. Nie jestem zwolenniczką przytyków dotyczących cudzego wyglądu ani nieuprzejmości w ogóle, ale myślę, że byłabym gotowa odpowiedzieć coś podobnego. Dodając jeszcze: "Twoja matka, niewdzięczny bucu, wydała cię na świat w jeszcze bardziej "obrzydliwych" okolicznościach przyrody i wykarmiła cię, prawdopodobnie, w taki sam, "obrzydliwy", sposób, mimo że ją gryzłeś, a ona była do ciebie uwiązana przez kilka miesięcy, uważając na to, co je i zrywając się w środku nocy, więc choćby z szacunku do niej - po prostu się zamknij!"
A tak na spokojnie i nie w reakcji na bezpośrednią krytykę, której jeszcze nie doświadczyłam (poza kilkoma znaczącymi spojrzeniami), po prostu proszę: jeśli wam przeszkadza, nie patrzcie. Ja wiem, że to przestrzeń publiczna i z jakiej racji to wy macie musieć odwracać wzrok i tak dalej... Nie musicie. Ja po prostu bardzo proszę. Potraktujcie to jako codzienny dobry uczynek. Prosimy.

środa, 25 czerwca 2014

O tym, kiedy jest dobry czas na dzieci i dlaczego tylko Ty to wiesz

Nie znoszę. Nie znoszę karcących spojrzeń i znaczących chrząknięć. Kiwania i kręcenia głową. Nie znoszę żarliwych nawoływań i gorączkowych, podnieconych pytań. Tylu ludziom się wydaje, że doskonale wiedzą, kiedy jest czas na cudze dzieci, że mogliby chyba zakładać jakieś specjalistyczne poradnie. Może nawet znaleźliby się jacyś zdesperowani chętni na wizyty...

Mam szczęście. Zaszłam w ciążę wtedy, kiedy chciałam, a moje chcenie szczęśliwie zbiegło się z tak zwanym "społecznym oczekiwaniem". Młodo, ale nie ZBYT młodo. Dwa lata po ślubie. Nikt się nie zdążył ani zgorszyć, ani zniecierpliwić. Zresztą nasi Rodzice i bliscy zawsze byli w tej sprawie uprzedzająco delikatni. Ale wystarczył mały niuans - to, że kończąc jedne studia zabrałam się za drugie, a specjalnie dojrzale nie wyglądam - żeby zauważyć, jak to "społeczne oczekiwanie" wygląda. 

Bo będąc w ciąży na drugim roku anglistyki po prostu aż się prosisz o łatkę nieodpowiedzialnej idiotki. Ludzie, którzy wiedzą, że masz te cztery lata więcej, cieszą się z tobą i ci kibicują. Ci, którzy nie wiedzą, naprawdę, kręcą głowami z politowaniem. Nie wie, do czego służą gumki? Wpadła i zmarnowała sobie życie. Mogła się bawić, od biedy - nawet uczyć, ale teraz, to wszystko przepadło... Te głupie cztery lata to aż taka różnica?
Wiem, że niewiele dwudziestolatek jest obecnie w sytuacji pozwalającej na założenie rodziny. Ale ta nasza narodowa skłonność do kontroli cudzych sypialni straszliwie mi działa na nerwy. Zamiast gratulacji, mając 24 lata i skończone studia, nierzadko słyszałam: "nie dacie sobie rady finansowo" (rzeczywiście, będziemy głodowali, w dodatku przyszło nam to do głowy dopiero po fakcie), "będziesz musiała zrezygnować z doktoratu" (w końcu od zawsze wiadomo, że ciąża i macierzyństwo odbierają do reszty władze intelektualne i przez najbliższe trzy lata nie napiszę sensownego zdania), "nie woleliście poczekać?" (pewnie, że woleliśmy, trochę luźniejszy grafik planuję mieć po sześćdziesiątce). Na szczęście - nie w najbliższym otoczeniu. Nie w najbliższej rodzinie (oboje mamy młodych rodziców), nie na uczelni, na której robię doktorat (same Mamy)... Dziadek męża, sentencjonalnie ogłosił tylko, że miał starego profesora, który twierdził, że jeśli chce się robić naukę, nie można myśleć o dzieciach. Ale kiedy usłyszał moją zgryźliwą uwagę, że to standardowa wymówka leniwych facetów, którym nie chce się pomagać w domu, dał spokój.

Próbuję sobie wyobrazić, co czują NAPRAWDĘ bardzo młode Mamy. Takie, które może ciąży nie planowały, ale kochają swoje dziecko i chcą je urodzić i wychować. A, w momencie, kiedy same są zdezorientowane, otrzymują serię głupich pytań, okraszonych pogardliwym spojrzeniem i żadnych odpowiedzi...

W drugą stronę też nie jest lepiej. Bo, cóż, im dłużej jest z nami Groszek, tym bardziej rozumiem, że można nie chcieć mieć dzieci. Brzmi to nader kiepsko, więc już wyjaśniam. Nasza Córcia jest chcianym, ukochanym, wyczekanym Skarbem. Może nie w 100% zaplanowanym, ale kochanym od chwili, w której pojawiły się te słynne dwie kreski, a może nawet wcześniej. Pojawiła się w dobrym momencie, w kochającym małżeństwie, które ma gdzie mieszkać i za co żyć. A, mimo tak sprzyjających okoliczności, życie nie jest usłane różami. Ciąża może i jest "stanem błogosławionym", ale bywa też czysto fizycznym obCIĄŻeniem. Poród, to doświadczenie, powiedzmy sobie szczerze, stresujące, niebezpieczne dla zdrowia, czasem życia, trudne i bolesne jak diabli. Da się je wytrzymać, bo zmierza do czegoś, czego bardzo pragniesz i rzeczywiście, kiedy dostajesz upragnione Dziecko na ręce, zapominasz o bólu (podczas porodu trudno w to uwierzyć, ale naprawdę tak jest). Może te hormony działają także, jeśli pragniesz mniej. Ale może nie. A wtedy, to ja dziękuję bardzo... 
A przecież to nie koniec. Po czterech miesiącach mój organizm ciągle ma w pamięci dwie nieprzespane przy okazji porodu doby, których odespać nie miałam czasu. Mam grzeczne, zdrowe, kochane Dziecko, a i tak czasem mam ochotę wszystko oddać komuś dość przytomnemu, by nie doprowadził do jakiejś potwornej katastrofy, i iść się upić, tak, jak wcześniej mogłam. To są strome, niebezpieczne i piekielnie wysokie schody. Jeśli nie masz motywacji, żeby na nie wchodzić - po prostu nie wchodź. Nie warto. Nawet jeśli otoczenie uznało za stosowne cię popędzać i pukać palcem w tarczę zegarka. Nie. I już.

To nie jest żadne wartościowanie. Ogromnie szanuję ludzi, którzy wiedzą, że nie chcą mieć dzieci i z odpowiedzialności trzymają się swojej decyzji. Wiem, że często wynika to po prostu z samoświadomości. Może z przekonania, że nie jest się gotowym na wyrzeczenia (które są trudne, a gdyby nie miłość i instynkt, byłyby chyba nie do zaakceptowania), że nie ma na razie w życiu miejsca na kolejnego domownika. Że w sumie, jeśli można wybierać, to kot albo rybka są dużo mniej absorbujące i kłopotliwe. 

Tylko Ty wiesz, kiedy nadszedł czas na dziecko. Kiedy pojawi się "stan gotowości". Żaden "ujemny przyrost naturalny" i "tykający zegar biologiczny" nie ma znaczenia. Tak samo jak perspektywa "zniszczenia sobie obiecującej kariery". Siły do pokonywania trudności nie biorą się znikąd. Ty wiesz, czy je masz. Nie sąsiadka spod piątki, nie koleżanka ze studiów, która odchowała już dwójkę i nie szefowa, która z pasją hoduje patyczaki! 
Trzeba się, szczególnie (ale nie tylko) jako matka, uczyć słuchać siebie, zanim posłucha się innych. Ja wciąż na nowo próbuję, a jako mamie idzie mi to nawet lepiej do tej pory...